Pokazywanie postów oznaczonych etykietą au pair. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą au pair. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 lutego 2013

Relacja z pierwszego dnia pracy

Opowieści dziwnej treści część druga i ostania :) Czyli mail numer 2 opowiadający o moim pierwszym dniu pracy jako au pair w Navan w 2011roku i wyrywki z kilku innych maili opowiadające o codziennym życiu au pair :) Maili na temat imprez czy wycieczek nie chce mi się kopiować, bo za dużo już by tego było :)
[...] Po napisaniu do Was maila poszłam się bawić z Caoimhe [...] czekając na obiad Emma się pyta co do picia chce: wódka z colą, piwo, różowe wino ;D (wcześniej rozmawiałyśmy o alkoholach i to mniej więcej wymieniłam jako to co zazwyczaj piję ;p) [...]
Potem niedziela... z ciekawszych/dziwniejszych rzeczy był rodzinny obiadek u mamy Emmy - cóż trochę u niej śmierdzi takim typowym zapachem starszych ludzi mieszkających na wsi, ale jedzenie zjadliwe ;D Ah i wcześniej miałam wizytę z Caoimhe u cioci Dereka i poznałam też mamę Dereka, no cóż na pewno jest tutaj bardzo rodzinnie. Mogę powiedzieć, że ta rodzinka jest trochę bardziej swojska i mniej nowoczesna niż moja poprzednia, ale czasem mnie zadziwiają sobą - nie koniecznie w dobry sposób. Jak na tym obiedzie, Caoimhe stała na podwórku i rozmawiała z nami przez okno i pobrudziła się czymś więc chciała mokrą szmatkę to Emma w nią rzuciła szmatkę - Caoimhe oddała oczywiście ;-) A za chwilę patrzę Emma ze szklanką wody i chlust na Caoimhe... ależ był płacz. Nie no wiem, że chciała zażartować, ale było dziwnie :)
No i w końcu dzisiejszy dzień, emmm nigdy nie spotkałam żadnego dziecka, które płakałoby więcej niż Michael... Ale o tym zaraz. Idąc po kolei to pracę miałam zacząć o 8:45 [...] Caoimhe ma teraz tygodniowy summer camp, więc od 9 do 14 jej nie ma - uff ;-) W każdym razem jak Emma zeszła z Michalem to mi tam tłumaczyła różne rzeczy, mówiła co zrobić na obiad, jak się sterylizuje butelki etc. Mały zaczął marudzić, więc posadziłam go w jedzeniowym krześle i próbowałam nakarmić śniadaniem - krzyk jakby go ze skóry obdzierali. No to hop na ręce, też źle... Łóżeczko takie z zabawkami - źle, podłoga (idź gdzie chcesz) - źle.
Wyjątkowo młody nie płacze :D
Masakra. Emma mówi, że on nie jest taki na codzień - no oby. W końcu w czasie kiedy one się przygotowywały (Emma i Caoimhe w sensie) wzięłam małego na dwór to przestał płakać, bo czymś go tam zajęłam. Ale po jakimś czasie chciał do domu to weszliśmy do domu i było okej dopóki nie zobaczył, że Emma wychodzi - znów ryk. Ona sobie poszła, a ja musiałam Michaela czymś zająć. Udało się go powstrzymać od płaczu zabawą "gdzie jest michael?" Uff no to mogłam spokojnie zjeść śniadanie, ledwo co zalałam płatki mlekiem mały zaczyna płakać i wyciągać do mnie ręce. No to okej wzięłam go to chciałam mu dać śniadanie, bo ciągle go nie zjadł - prawie, że zaczyna płakać, no to może podłoga i rób co chcesz, ale też było źle. To wzięłam go na kolana, usiadłam do stołu i zaczynam jeść śniadanie. To oczywiście mały w ryk, bo chce płatki, no dobra niech mu będzie dawałam mu po jednym to był spokojny przynajmniej. Skończyłam śniadanie to Michael rozbeczał się znowu - okej czas na drzemkę. Położyłam go do łóżeczka i też oczywiście ryk, ale zasnął po kilku minutach... Jeeej to mam trochę wolnego czasu, och nie, zaraz... No tak czas zrobić sprzątania itp. Zdążyłam zrobić mleko do butelek, powiesić oba prania, wypróżnić zmywarkę i już słyszę ryk z góry... Idę po małego na górę z nadzieją, że nie boi się odkurzacza, bo nie zdążyłam odkurzyć. Wzięłam go na dół, posadziłam w krzesełku i próbowałam nakarmić (tym razem zmielone owoce) zjadł kilka łyżek po czym doszedł do wniosku, że łyżeczka plastikowa to super zabawka to mu ją dałam i poszłam odkurzać korytarz, potem salon i w końcu kuchnio-jadalnie, mały się na szczęście nie bał. Oczywiście ledwo co skończyłam zaczął płakać. To może czas zmienić pieluszkę - trafiony! Ale to był jeszcze większy ryk jak próbowałam go wytrzeć [...] Uff w końcu się udało to chwilę z nim posiedziałam na dworzu i znów wpadł w ryk - "ja zwariuję!". No dobra zbliża się 13:30 czas na spacerek - w sensie do centrum wsi, gdzie jest szkoła, żeby odebrać Caoimhe z obozu. Przynajmniej w wózeckzku Michael nie płacze i jest grzeczny - cóż za sukces ;-) Z 15minut się idzie do szkoły, więc wracając Kiwa narzekała, że daleko i tak dalej. No cóż to tylko ten tydzień, potem będzie siedzieć ze mną w domu - damn it ;-) W każdym razie oczywiście co się stało jak wrócilismy do domu? Taaak! Michael zaczął płakać w niebogłosy. Czymś tam go uciszyłam i poprosiłam Caoimhe, żeby na niego patrzyła w czasie kiedy ja robię obiad, oczywiście jak poszłam zobaczyć co robią to Caoimhe oglądała tv, a Michael był cały niebieski na twarzy i rączkach od zjadania pisaka... Język też niebieski kurde... Krzyk przy myciu jak nie wiem. Potem nakarmiłam go resztką owoców to się zatkał :D Ale z chwilą skończenia zaczął płakać. W ogóle myślałam, że szału dostanę, bo on wszędzie rozlewał swoje mleko... Nie żebym odkurzała i myła podłogę :/ Udało mi się położyć go spać (oczywiście znów płakał) więc dokończyłam obiad i czas na zabawę z Caoimhe. Trampolina, skakanka i te sprawy, potem trochę gier planszowych i uff... oto Emma wróciła. Michael w międzyczasie się obudził, obiadek i uff mogę iść do siebie... Nie wiem... Nie myślałam, że mały będzie tyle płakał to męczące jak nie ma nic co by zmusiło go zaprzestać... Zobaczymy co będzie dalej. [...]

Mały potworek uczył się chodzić i ząbkował jak go poznałam w lipcu 2011 :)

I jeszcze fragmenty dotyczące całego pobytu wyrwane z innych maili:

Po pierwszym tygodniu (niedziela):
[...] W zasadzie dni były do siebie bardzo podobne, więc czasem się musiałam zastanowić jaki dziś mamy dzień. Michael zależy od dnia płacze mniej lub więcej, ogólnie to jest przeziębiony i co chwila ma gile na twarzy, ale ilekroć ktokolwiek chce mu wyczyścić to z twarzy (o dmuchaniu nosa nie mówię) to zaczyna wrzeszczeć w niebogłosy. A jeśli się mu nie wyczyści twarzy to on sam to zrobi rączką po czym dotknie tylu rzeczy, że masakra... Choć bardzo często ląduje to na moich ciuchach - ja gdzieś po godzinie spędzonej z Michaelem jestem brudna i czasem mi głupio jak oni wracają [...] Michael potrafi już zasnąć na dłużej więc się spokojnie wyrabiam ze wszystkim i jeszcze siedzę i się nudzę - a w zasadzie siedziałam, bo od jutra Caoimhe nie ma obozu i będzie ze mną - troszkę się obawiam, bo one ciągle chce się ze mną bawić i to jest okej w godzinach pracy, ale ja muszę ciągle patrzeć na Michaela, bo on wiecznie tyka to czego nie powinien, bo może sobie krzywdę zrobić, więc ciężko jest pogodzić zabawę z tą dwójką na raz, no zobaczymy...[...] Jutro chyba pójdę spacerkiem do wioski (dzisiaj byłam tam z Caoimhe w sklepie - jeden sklep mają i widziałam, że mają też jakieś drobne zabawki i rzeczy w tym stylu), bo muszę (chcę) kupić Caoimhe prezent. Spodobał mi się taki zestaw do robienia mozaiki, ale nie wiem o co tam dokładnie chodzi, ona lubi wszystko co związane ze sztuką więc byłoby jak znalazł... Szkoda, że ma te urodziny, bo tak to bym mogła być w Dublinie ;D Ale z drugiej strony dobrze przynajmniej spędzę weekend z rodzinką i nie będzie, że ciągle jeżdżę do Dublina :) [...]
Zabawa na dworze czyli to co tygryski lubią najbardziej :D

Koniec drugiego tygodnia (niedziela):
[...] Emm no to tamtem tydzień był spoko, nawet bardzo. Michael nie płakał zbyt dużo, zawsze miałam przerwę od Caoimhe, bo przychodziła do niej Charline (przyjaciółka Emmy i była nauczycielka Caoimhe), wyrabiam się ze zrobieniem wszystkich obowiązków domowych zanim położę Michaela spać, więc potem jak śpi to się nudzę, perfekcyjnie ;) Jedynie piątek był trochę ciężki, bo Caoimhe nie była w zbyt dobrym humorze i pierwszy raz mnie wkurzyła i musiałam ją wysłać za karę do pokoju i potem wszystko mnie wkurzało nawet Michael, który nie był najgorszy... [...] W piątek byłam na zakupach z Derekiem i Caoimhe i jak wróciliśmy to widziałam, że jakiś nowy samochód stoi przed domem, ale co mi tam poszłam do siebie, bo już późno było. Za chwilę przychodzi Kiwa z pytaniem "Mama pyta czy chcesz do niej dołączyć i się czegoś napić?", no to stwierdziłam, że okej, bo integracja musi być ;-) Była jakaś przyjaciółka Emmy, ale nie posiedziała długo, więc potem zostałam z Emmą i Derekim. Ja piłam colę z wódką, Emma wino, a Derek piwo i tak sobie po prostu rozmawialiśmy. Cudownie było, uwielbiam tą rodzinkę :) Jak się dowiedzieli, ze w tamtym roku zarabiałam 80euro przy czwórce dzieci to nie mogli uwierzyć. Dużo rzeczy mi mówili o poprzednich au pairkach, Emma chwaliła mnie jaka jestem świetna blabla i jak wróciłam do domu, to było trochę po północy (wstyd ;p) [... odnośnie sobotnich urodzin Caoimhe] Ogarnęłam się (włączając w to godzinne prostowanie włosów, bo Caoimhe ciągle mnie pytała jak wyglądam w prostych i czy wyprostuje je, żeby jej pokazać. Więc skoro miała urodziny to pomyślałam czemu nie? I siup do głównego domu. Pomogłam zrobić kanapki, ozdobić dom i ogólnie urodziny były spoko - większość czasu po prostu zajmowałam się Michaelem i tyle. I odkryłam, że Ailish (mieszka obok i jest ciotką Dereka) jest meeega miła, co chwila pomagając mi z Michaelem, przynoszcząc mi picie, jedzenie i ciągle pytając czy jadę do Dublina, bo powinnam sobie odpocząc hihihih :D No ja chętnie... Ale Annachiara w międzyczasie zadzwoniła, że jest w Wicklow, i że mogłam powiedzieć wcześniej to by zostawiła klucze dla mnie. [...]
Urodziny Caoimhe - Michael śpi więc mogę bez problemu podziwiać dmuchanie świeczek :D

Więcej Was nie będę męczyć opisami z 2011 roku :)  Nie zawsze było łatwo , ale nie poddałam się i nie uciekłam z krzykiem do domu! :D W sumie nie mogło być tak źle skoro zdecydowałam się wybrać tą rodzinkę po raz drugi w kolejne wakacje. Emma z Derekiem to naprawdę świetni ludzie, Caoimhe też nie była najgorsza, traktowana byłam naprawdę jak jedna z nich i tylko mały potworek Michael dawał mi się we znaki ;) Ale w tym roku był kochany (choć czasem nieznośny) i podbił moje serce więc teraz pamiętam tylko o jego dobrej stronie ! :D

środa, 13 lutego 2013

Pierwsze wrażenia z bycia au pair w 2011r

Heeeej!

Sesja daje mi się we znaki dlatego nie miałam kiedy pisać... Post jednak będzie, bo wczoraj szukając czegoś na mailu znalazłam moją relację z pierwszego dnia po przyjeździe do Navan w 2011 roku :D Dzisiaj postanowiłam, że ten mail początkowo adresowany do moich przyjaciółek dzisiaj ujrzy światło dzienne! Miłego czytania :)


Hello from Ireland part 1 :)


Ależ jestem szczęśliwa i trochę Was zanudzę pierwszymi wrażeniami, ale... same chciałyście!



Pamiętacie jak Wam wczoraj mówiłam, że się trochę obawiam, bo ma po mnie przyjechać host dad i potem spędzę z nim około 40 minut w samochodzie? No cóż zacznijmy od tego, że mój samolot przyleciał trochę zbyt wcześnie więc jak przeszłam całą odprawę to nikogo nie było... Ale spokojnie nie było nikogo może przez 2 minuty (ciągle się bałam, że nie rozpoznam Dereka :D), a potem zobaczyłam go i... Caoimhe (wiecie jak się wymawia jej imię? Kiwa ;) masakra... [...] Caoimhe dała mi rysunek, który dla mnie zrobiła - miło z jej strony :) I potem 40minut w samochodzie... W zasadzie nie wiem kiedy minęło!! Tak dobrze mi się rozmawiało z Derekiem - przemiły człowiek i trzeba przyznać, że bardziej wygadany niż poprzedni host dad :) [...] Jak dojechaliśmy było koło północy, więc krótka rozmowa z Emmą i zaprowadziła mnie do mojego domku. Bo tym razem nie jest tak jak w zeszłym roku, że mam swój pokój w domu i łazienkę, którą dzielę z każdym kto potrzebuje jej użyć na parterze. Tym razem mam swój domek - w sumie faza :D


Ten domek to tak jakby jest rozszerzenie garażu. Na dole jest siłownia (bieżnia, rowerek, jakieś ciężarki) i łazienka, a potem wchodzę po schodach na piętro i jest mój pokój - jest zaj***** :D Jak to w Irlandii mam mega wielkie w łóżko [...] Idąc dalej od łóżka jest kolejny stolik na którym znalazłam kwiaty, bombonierkę i cukierki (miło z ich strony! W Castelbar nie dostałam nic na przywitanie - tak dla porównania, pewnie wiele razy będę odnosić się do Castelbar :)). [...] mega wielki telewizor i mam dostęp do SKY tv czyli taki rodzaj naszej telewizji z UPC - mnóstwo kanałów (i znów... w Castelbar miałam zwyklą kablówkę na maultkim telewizorku w moim pokoju, gdzie było może z 6 kanałów ;D). [...] Obok tego jest lodówka (hahaha mam w lodówce kiełbasę Krakowską - fuuuuj ;)). [...]





Kiedy w końcu wypakowałam wszystkie rzeczy i znalazłam dla nich odpowiednie miejsce (dobra wiadomość! wódka dla Annychiary się nie rozbiła :D) była chyba pierwsza, więc szybki prysznic i w końcu mogłam iść spać... Ale dziwnie mi było, nie mogłam zasnąć - w nocy lodówka wydaje dziwne dźwięki, nie jestem jeszcze przyzwyczajona więc dosłownie budziłam się co pół godziny, ale jakoś dotrwałam do rana :) Jak wróciłam z dołu z łazienki zobaczyłam, że mam sms - od Emmy, że śniadanie za 10minut jak chcę zjeść z nimi. Więc wzięłam moje czekoladki (bombonierka w metalowej puszcze z Chopinem) i poszłam do nich - byli mile zaskoczeni i dziękowali [...] Po raz pierwszy zobaczyłam Michaela, ale trochę się mnie bał (dosłownie z 5 minut, już jest okej - naprawdę dzieci mnie lubią :D). Śniadania było typowo Irlandzkie. No cóż Wy pewnie nie wiecie jak wygląda typowe Irlandzkie śniadanie więc spieszę z tłumaczeniem ;) [...] Powiedziałam Emmie, że w Polsce pijemy herbatę z cytryną więc uznała, że kupi cytrynę dla mnie :) 

Po śniadaniu było oprowadzanie mnie po domu, czyli zwiedzanie parteru z Emmą i potem Caoimhe pokazała mi swój pokój, więc od razu załapałam z nią kontakt. Na razie ciężko mi coś o niej powiedzieć, bo potrafi być miła (no cóż dla mnie jest miła, pokazywała mi swoje zabawki, już chce się ze mną bawić we wszystko co możliwe, co jej do głowy przychodzi :D) [...], ale potrafi też mieć humorki jak jej się coś nie podoba, mam nadzieję, ze jakoś to będzie. Póki co odnoszę wrażenie, że zdążyła mnie polubić więc jest okej :)

Chwilę po prezentacji domu Emma pojechała ze mną i dzieciakami do miasta, pokazując mi różne rzeczy, gdzie co jest [...] Navan ma ten plus, że ma mini centrum handlowe [...] więc nie trzeba latać od sklepu do sklepu i jest gdzie się ukryć przed deszczem - nie to co w Castelbar ;-) Po zwiedzeniu dwóch najbliższych miasteczek (około 15 minut drogi samochodem do każdego z nich), pojechaliśmy odwiedzić rodziców  Emmy i potem do domu :) [...]
Piszcie! Do usłyszenia :*

Żałuję, że wrażenia z bycia au pair po raz pierwszy w 2010r pisałam na gadu-gadu, a nie posiadam archiwum :( Za to wyjazd w 2011 mam szczegółowo opisany w starych mailach, a 2012 jest tutaj na blogu więc pamiątka jest :D

wtorek, 11 września 2012

Trochę statystyk

W Irlandii byłam od 22.06 do 10.09 - czyli spędziłam na zielonej wyspie 80dni.

Przeczytane książki:
1. The (im)perfect girlfriend - Lucy-Anne Holmes ****
2. You drive me crazy - Carole Matthews ****
3. Where rainbows end - Cecelia Ahern *****
4. The sweetest Taboo - Carole Matthews ****
5. From Here to Maternity - Sinead Moriarty ****
6. Dedication - Nicola Kraus and Emma McLaughlin **
7. Always on my mind - Colette Caddle ****
8. If you Could see me now - Cecelia Ahern ****
9. The Book of Tomorrow - Cecelia Ahern ****


Nauczone nowe słówka z Hiszpańskiego: 750
Nauczone nowe słówka z Angielskiego: 240
Przebiegnięte na bieżni: 107,5 km

Odwiedzone miejsca:
  • Dublin
  • Navan
  • Kells
  • Ballina
  • Clifden
  • Galway
  • Loughcrew
  • Belfast
  • Howth
  • Slane
  • Castlebar




 Zaoszczędzone pieniądze: 
440euro (40% moich zarobków - bez komentarza, bo planowałam więcej ;))
Pieniądze głównie wydałam na pamiątki, prezenty, kartki urodzinowe, imprezy i wycieczki! :)

A potem im dalej tym gorzej ;)

Statystyki blogowe:

Blog istnieje od 17.06.2012 czyli 86 dni.
Ilość notek: 31
Ilość odwiedzin: 2 246
(
Polska
928
Irlandia
814
Wielka Brytania
179
Rosja
97
Francja
72
)
Najczęściej wyszukiwane słowa kluczowe:
irlandia, moj pierwsza książki kucharskie dla dzieci, co zawiesc na prezent do irlandi, codzienny niecodziennik, prezent dla 2 latka, au pair lista obowiązków, au pair w irlandii jak było?, bierzemy misia w teczkę piosenka wrzuta, bycie summer au pair w irlandii blog, ciuchy irlandia blogspot, cytaty o jezusie, grzybobranie irlandia 2012, mróz dublin o'connell, pierwsze dni jako au pair, pierwsze miesiace jako au pair jest najgorsze z jezykiem

Moje ulubione to chyba "cytaty o jezusie" - myślę, że to przez Jezusa rozdającego darmowe babeczki w Belfaście! ;)

Najpopularniejsze posty:

Room tour
Ciągle pada...
Drink, drank, drunk ;)

I o ile Room tour i Drink, drank, drunk ;) jeszcze rozumiem to popularnośc postu Ciągle pada.. jest dla mnie zagadką :)


Moja ściana wspomnień po spakowaniu - trochę farby zeszło! Ups! ;)

Dziękuję wszystkim za odwiedziny i miłe słowa w komentarzach - i do usłyszenia za rok lub półtorej! :)

P.S. Dziwnie jest być znowu w Polsce... Jeszcze dziwniej jest nie słyszeć "Hi! How are you?" w każdym sklepie, a pierwsze słowo jakie przychodzi mi na myśl po dostaniu reszty to "Thank you!". I jest za ciepło - zdecydowanie! ;) No dobra może nie za ciepło, ale zbyt duszno - popołudniowy deszcz bardzo mnie ucieszył - ach te przyzwyczajenia do Irlandzkiej pogody! :D

poniedziałek, 10 września 2012

Time to say goodbay


To już jest koniec… Ale zanim o tym to muszę, po prostu muszę, opisać ostatnie dni tak jak mam to w zwyczaju! 

Na czym skończyłam moją opowieść? Ahh już wiem babysiting w czwartek – w zasadzie nie było źle, Caoimhe w miarę grzeczna i dała mi popalić tylko przy odrabianiu lekcji. We wszystkim jej pomogłam, ale niestety zadanie domowe z Irlandzkiego przerosło moje siły więc poszliśmy do Katty, która stwierdziła, że już nie pamięta Irlandzkiego – hahaha uwielbiam to w Iralndczykach, że połowa z nich już nie potrafi mówić po IRL :D Noc też przebiegła bez większych problemów, bo teraz nauczona poprzednim razem wiedziałam, że mam nie spać z Caoimhe i… skończyłam śpiąc z Michaelem! Mały był jakiś niespokojny i 2 razy się budził i biegł do sypialni Emmy i Dereka, a tam wpadał w płacz, bo rodziców nie ma to się zlitowałam nad nim i pozwoliłam mu spać ze mną na dole.
Mimo, że w piątek wstałam dopiero o 8:20, żeby przygotować Caoimhe do szkoły to byłam mega zmęczona… Na szczęście 3 kawy postawiły mnie na nogi i jakoś dotrwałam do 16tej kiedy to hości wrócili, a ja poszłam się szykować na wieczór. I tym sposobem dochodzimy do imprezy pt. :”Kac Dublin” :)
Kartka od Katty! :)
Okazało się, że tylko Ola mogła się spotkać w piątek więc postanowiłyśmy zrobić jakiś before w hostelu co by później nie tracić kasy na alkohol w klubach. Obie byłyśmy w wyśmienitych humorach i naprawdę spędziłam super wieczór, a jak teraz o tym myślę to nie mogę przestać się uśmiechać! Mówiąc w skrócie: z Olasią wybrałyśmy się do fajnego miejsca i miałyśmy (nie)zapomniany wieczór! J I w tym miejscu chciałabym jeszcze raz bardzo podziękować Oli za wszystko! Za mega towarzystwo, za wspólne wycieczki, za pyszne (tak przypuszczam jeszcze nie jadłam :D) ciasteczka, po prostu za wszystko – dziękuję! I zapraszam do Poznania! :D
DZIĘKUJĘ!!
W sobotę Ola z rana pojechała do Galway, a ja wybrałam się na zakupy – Dublin żegnał mnie przepiękną pogodą więc jak już byłam zmęczona zakupami to usiadłam nad rzeką i zaczęłam wypisywać podziękowania dla hostów i dzieciaczków. W prezencie dla Emmy i Dereka kupiłam kartkę „Thank you” i baryłki, dla Caoimhe książka o księżniczkach z wklejonym moim zdjęciem , a dla Michael’a alfabet + moje zdjęcie. W ogóle bardzo mi się podoba jak Michael przegląda swoją książkę – zawsze zaczyna od środka i po kolei mówi mi co jest na obrazkach (o ile umie to coś nazwać) po czym dochodzi do pierwszej strony i z bananem na twarzy mówi „Look Kaddy” – a on zawsze look takim podnieconym głosikiem mówi, nie sposób się nie uśmiechnąć! 
Relaks nad rzeką i szukanie weny - co by tu napisać...
Niedziele upłynęła pod hasłem „chatka z piernika” (przepis tutaj) – robiąc ją poczułam atmosferę świąt, a co najlepsze wieczorem w tv leciał „Kevin sam w Nowym Yorku” ! :D Po powrocie z obiadu wręczyłam wszystkim prezenty i jestem pewna, że wszyscy się ucieszyli z tego co dostali. Ja natomiast dostałam w prezencie torbę, podkładkę pod kubek (Slainte – jedyne słowo które znam po Irlandzku! :D), kartkę z podziękowaniem, bilet powrotny na autobus, Maltersy (które w przypływie chandry z powodu wyjazdu już zjadłam ;)) oraz… serki i przepis na cheescake, bo mi strasznie smakuje sernik, który oni tutaj robią! :)
Prezenty pożegnalne dla rodzinki :)
Dzisiaj rano zamierzałam wstać przed wyjściem Caoimhe do szkoły, żeby ją pożegnać po raz ostatni, ale mała mnie uprzedziła i razem z Michaelem przyszli do mnie ok. 8:30 – oczywiście mnie obudzili! ;) Ale to było urocze, bo Caoimhe sama się ubrała w mundurek (zawsze trzeba się namęczyć chyba z 15-20 minut, żeby zmusić Caoimhe do ubrania) i ubrała też małego i tak stali pod drzwiami mojego domku pukając i się ciesząc! :) A teraz Caoimhe już w szkole… Emma odwiedzie mnie na autobus ok. 13 więc muszę jeszcze dokończyć pakowanie i zamierzam spędzić resztę dnia na zabawie z Michaelem! 
A to ja dostałam! :)
Argh... nie cierpię się pakować!
Chatka z piernika :D

Caoimhe zrobiła też wróżkę z piernika ^^
Zamierzam napisać jeszcze ostatnia notką – typowe podsumowanie tak więc do usłyszenia z Polski! :)

środa, 5 września 2012

It's a final countdown!

5 dni, 5 dni, 5 dni! Chyba w końcu ekscytacja wzięła górę nad smutkiem z powodu opuszczenia Irlandii więc teraz dla odmiany nie mogę usiedzieć w miejscu myśląc już tylko o powrocie. Praca, która od kiedy Caoimhe wróciła do szkoły polega na zabawie z Michaelem do 12tej, potem mały śpi ok. 2-3h, potem znów zabawa, lekcje z Caoimhe i koniec... Wyjątkowo się nudzę ostatnio i z niecierpliwością odliczam dni do piątku!


Ach jak to miło znów być dzieckiem - czyli Kasia na zjeżdżalni! :)


Ale zanim piątek nadejdzie czeka mnie kolejny babysitting - jutro ok. 11tej Emma z Derekiem wybierają się na ślub, a potem wesele i wrócą dopiero w piątek po 16tej - jak balować to na całego, a co! Czyli jutro na pewno czeka mnie jakieś pieczenie z Caoimhe, żeby ją czymś zająć po południu - zresztą ja nie narzekam, bo uwielbiam te nasze słodkości! :)

"You did it! High five!" :D
W piątek wieczorkiem ostatnia imprezka w Dublinie! Potem w sobotę muszę odwiedzić sporo sklepów, żeby dokupić brakujące pamiątki, prezenty pożegnalne (wciąż nie jestem pewna co kupić...) czy jakieś ciuchy na przecenie! :) No i oczywiście muszę pójść do Polskiego sklepu, bo na niedzielę zaplanowałam robienie chatki z piernika z Caoimhe - mała zawsze podziwia moje chatki i wiem, że to będzie dla niej wielka niespodzianka, z której się na pewno ucieszy! Mam nadzieję, że bez problemu znajdę przyprawę do piernika :)

Tak apropo świąt - dzisiaj sprzątając Caoimhe pokój znalazłam kalendarz adwentowy, który zrobiłyśmy w zeszłym roku! :)
Potem w niedzielę idziemy gdzieś na kolację wszyscy, bo to mój przedostatni dzień i w poniedziałek wylot! Co prawda samolot mam dopiero ok. 17tej, ale wiadomo na lotnisko trzeba jechać wcześniej - nie mam nic przeciwko, bo na Dublińskim lotnisku jest pełno sklepów z pamiątkami, które uwielbiam! :)

Czyli co robię wieczorami zamiast się uczyć! ;)
Ściana wspomnień i kartka na ścianie "Stop reading! Start learning!" :D

poniedziałek, 3 września 2012

Z wizytą u byłej rodzinki :)


Pisane wczoraj w pociągu:
No i godzina za mną, jeszcze tylko ok. 2:15 i będę z powrotem w moim ukochanym Dublinie, w którym pełno będzie flag i ludzi ubranych w barwy, bo dzisiaj mecz GAA: Dublin vs Mayo – czyli jestem rozdarta, bo obie drużyny są mi bliskie. // Dopisek: wygrało Mayo - hura! :D
Kibice! :) Jak zawsze zakorkowali Dublin i autobus do Navan jechał baaardzo wolno
Pomyśleć, że jeszcze dwa lata temu jeździłam co któryś piątek do Dublina szczęśliwa, że znów mogę tam być i spotkać się ze znajomymi. Teraz podróż pociągiem, tak zresztą jak przejazd przez Castlebar, zabawa z dzieciakami czy spanie w starym pokoju sprawiają, że odczuwam jakąś dziwną melancholię. Wehikuł czasu to byłby cud – naprawdę chciałabym cofnąć się do tamtych chwil i przeżyć je jeszcze raz, ale z drugiej strony tak bardzo jak kocham moją Castlebarską rodzinkę tak w tym roku odkryłam, że nie jest to już moje miejsce, a mówiąc moja rodzinka czy moje dzieciaki widzę przed oczami Caoimhe i Michaela. Nawet rozmawiając i bawiąc się z Laoise musiałam się powstrzymywać, żeby nie zacząć mówić do niej w sposób w jaki mówię do Michaela, z tymi wszystkimi zdrobnieniami i w ogóle! 

Stáisiún Heuston - uwielbiam jak w LUASie mówią wszystkie nazwy po angielsku i irlandzku :)
Wypasiony pociąg! :)
Tak jak myślałam weekend spędziłam głównie na zabawie z dzieciakami, co mi wychodzi najlepiej! :) Dotarłam do Castlebar w sobotę ok. 15:30 i oczywiście przywitała mnie ulewa – witamy na zachodzie Irlandii! ;) Ze zdziwieniem stwierdziłam, że dzieciaki się praktycznie w ogóle nie zmieniły – no może poza Laoise, która ma teraz bardzo długie włosy (w całym swoim 4letnim życiu pozwoliła przyciąć je lekko tylko 2 razy). Gra, którą kupiłam im w prezencie została z entuzjazmem przyjęta i od razu zaczęliśmy grać, choć chwilami było ciężko jak Laoise wszystkim mówiła kim kto jest - choć to też było zabawne! :) Potem standardowo zabawa w chowanego, berka czy gra w monopoly czyli kochana au pair Kate robiła wszystko żeby dzieciaki miały fajny weekend. Czas zleciał niewiarygodnie szybko – gdy wybiła 21ta byłam niesamowicie zdziwiona myśląc, że dopiero 17ta co Maeve skomentowała ze śmiechem „że przecież obiad był o 19tej!”.  

Maeve się schowała!
Am I an animal? Am I a vehicle? - czyli gramy w grę, którą im kupiłam :)
Jako, że wczoraj bawiliśmy się praktycznie do 23tej dzisiaj dzieciaki długo pospały, zjedliśmy śniadanie ok. 12tej, chwila zabawy i nagle hostka wchodzi do ogrodu mówiąc mi, że już czas jechać na dworzec. Zostałam wyprzytulona za wsze czasy, usłyszałam wiele miłych rzeczy od moich dzieciaczków i naprawdę dobrze się bawiłam! Myślę, że działa to z wzajemnością, bo kładąc się spać w sobotę dzieciaki powiedziały hostce, że chcą znów mieć au pair (ja byłam ostatnia), która będzie się z nimi bawiła tak jak Kate. Wyjazd zaliczam do bardzo udanych - naprawdę super było pogadać i pobawić się z dzieciakami, które zajmują specjalne miejsce w moim sercu! :)

P.S. W książce kucharskiej (KLIK) nowy przepis! :)

czwartek, 30 sierpnia 2012

Mój pierwszy raz… jako au pair!


Jako, że wizyta w Castlebar zbliża się wielkimi krokami postanowiłam przybliżyć Wam nieco moją pierwszą rodzinkę i pierwszy wyjazd.

Podczas poszukiwania pracy jako summer au pair w 2010 roku w pewnym momencie miałam do wyboru kilka rodzinek i co by praca nie była zbyt prosta zdecydowałam się na rodzinkę z czwórką dzieci. Do teraz pamiętam ten stres jaki odczuwałam w samolocie (mój pierwszy lot!) i później kiedy to musiałam przedostać się z lotniska na dworzec, a później wsiąść w odpowiedni pociąg, który miał mnie zawieść do Castlebar. O dziwo wszystko poszło bez problemów, udało mi się nawet nie przespać docelowej stacji! Rodzinka w składzie: Anne, Aisling i Darragh czekała na mnie na dworcu i po krótkim przedstawieniu wspólnie doszliśmy do wniosku, że Kasia to imię niezwykle trudne i ciężkie do wymówienia więc zostałam przechrzczona i zyskałam nowe imię – Kate. Jak kiedyś bawiąc się z Laoise wspomniałam jej, że mam na imię Kasia to mała tylko na mnie dziwnie popatrzyła i ze śmiechem stwierdziła „You’re not Kasia. You’re Kate!”. 
Laoise! <3
 Jako, że przybyłam do Irlandii pod koniec maja (dzień po ustnej maturze z Polskiego) to trójka starszych dzieci czyli Maeve (lat 10), Darragh (lat 8) i Aisling (lat 6) wciąż chodziła do szkoły więc moim głównym obowiązkiem była opieka nad Laoise (lat 2 i 2 miesiące). Do tej pory nie spotkałam żadnego dziecka tak wygadanego jak Laoise – zasobem słownictwa zawstydziłaby niejednego trzylatka! Jak wyjeżdżałam z Irlandii Laoise miała 2 latka i 5 miesięcy, a potrafiła liczyć do 5, śpiewać piosenkę „Twinkle, twinkle” czy „A, b, c”, rozróżniała podstawowe kolory (z jednym wyjątkiem: -„Laoise what is the color of sky?” –„Princess!”) i mówiła bardzo dużo. To pewnie zasługa starszego rodzeństwa. Czas spędzony z Laoise wspominam bardzo miło, bo mała była niezwykle urocza i pokochałam ją już po kilku dniach, tym ciężej było mi ją zostawić, że ona nie rozumiała, że wracam do domu. Kiedy pewnego razu pod koniec mojego pobytu w Castlebar wspomniałam jej, że niedługo muszę wracać do domu usłyszałam w odpowiedzi „Kate this is you home”. Nawet jak wyjechałam to mała nie do końca rozumiała gdzie jestem, oto co ponad miesiąc po powrocie napisała mi w mailu hostka: „If I ask her 'Where did Kate go?', she says 'Gone to the library'… I asked her another day 'where did kate go?' and this time she said you were gone to tesco!“ – I o ilę bibliotekę potrafię zrozumieć, bo spędzałam tam sporo czasu o tyle wizja spędzenia całego miesiąca w Tesco wydaje mi się dziwaczna! ;)
10letnia Maeve
 Tak jak wspomniałam do połowy czerwca opiekowałam się całą czwórką tylko od 15tej do 18tej przygotowując im obiad, pomagając w odrabianiu zadań domowych i spełniając życzenia dotyczące tego w co się będziemy bawić – zabawy na trampolinie czy berek należały do ulubionych pozycji. Moje pozostałe obowiązki „ograniczały się” do codziennego prasowania (ciuchy należące do wszystkich w tym koszule hosta czy bluzki hostki), sprzątania po posiłkach, utrzymywania pokojów dzieci (3 pokoje), salonu, jadalni, kuchni i łazienek (w tym łazienka w sypialni hostów) w czystości (codzienne odkurzanie, raz w tygodniu mycie podłóg i wytarcie kurzy, wyszorowanie łazienek itp.) co nie było łatwym zadaniem – ktokolwiek próbował utrzymać dom w czystości nawet przy jednym dziecku wie, że jest to praktycznie niewykonalne.   
6letnia Aisling
 Z początku zarabiałam 100euro tygodniowo, ale potem hostka doszła do wniosku, że „jest ze mnie zadowolona, bo jestem super z dziećmi, ale nie jest zadowolona z czystości domu” i moja pensja została zredukowana do 80euro tygodniowo i raz w tygodniu zaczęła nas odwiedzać sprzątaczka (Polka) dzięki czemu nie musiałam już wycierać kurzy czy czyścić łazienek – reszta obowiązków pozostała bez zmian. Sporadyczne babysitingi były dodatkowo płatne w wysokości 20euro. Czasami czułam się trochę oszukana, bo obiecano mi co innego, ale kochałam dzieciaki więc nie narzekałam. Pod koniec czerwca skończyła się szkoła, a dzieciaki nie uczęszczały na żadne summer campy więc codziennie musiałam opiekować się całą czwórką i wykonywać pozostałe obowiązki – nie powiem, że było łatwo, bo były dni kiedy miałam wszystkiego dosyć i odliczałam ile zostało do powrotu… Ale były także dni, kiedy wszystko było super - to głównie zależało od humorów dzieci zwłaszcza 6letniej Aisling, która najbardziej potrafiła zaleźć za skórę. Najstarsza Maeve była bardzo kochana i była moją druga ulubioną osobą tam (po Laoise), z nią zawsze mogłam sobie porozmawiać na trochę poważniejsze tematy niż Peppa Pig czy Dora the exlorer i zawsze z chęcią spędzałam z nią czas nawet po godzinach pracy. Na trzecim miejscu był Darragh – jadąc do Irlandii myślałam, że z nim będą największe problemy… jak to z chłopcem! 
8letni Darragh
Okazało się jednak, że Darragh był w miarę spokojnym dzieckiem i nie sprawiał większych problemów. Najgorsza była Aisling, która za wszelką cenę próbowała odkryć na co może sobie ze mną pozwolić, jednak mimo wszystko ją też lubiłam, a wszystkich starałam się traktować tak samo i sprawiedliwie. Z dzieciakami zazwyczaj bardzo dobrze się dogadywałam i niejednokrotnie słyszałam, że jestem ich najlepszą au pair (szóstą z kolei z tego co pamiętam) co bardzo poprawiało mi humor. Dzień przed wyjazdem jak wszyscy przyszli do mnie do pokoju podziękować i dać prezenty to wszystkie dzieciaki się do mnie przytuliły i zaczęły płakać – oj ciężko było ich opuścić! Jak obiecałam, że przecież ich odwiedzę to usłyszałam tylko od Darragh, że wszystkie au pair im to obiecywały, a jak dotąd żadna ich nie odwiedziła… Postawiłam więc sobie za cel odwiedzić ich jak tylko będę w Irlandii, żeby ich nie zawieść i udało mi się tego dokonać w zeszłym roku! Bardzo się wtedy bałam, że Laoise nie będzie mnie pamiętać, bo przecież była jeszcze malutka jak wyjeżdżałam, ale to ona jako pierwsza zaczęła do mnie biec na stacji krzycząc „Kate, Kate patrz” i pokazując mi zdarte kolano. Ciężar spadł mi wtedy z serca!
Prezent pożegnalny! :)
Nawet po wyjeździe byłam w ciągłym kontakcie z rodzinką poprzez maile, wysyłałam im też kartki świąteczne i urodzinowe, bo nawet jak czasami miałam ciężkie dni to bycie au pair w Castlebar należy do jednych z fajniejszych wspomnień, a Anne i Jack byli zawsze dla mnie bardzo mili.
Wolne wieczory spędzałam często w towarzystwie innych au pair, z których większość wyjechała pod koniec lipca (ja byłam w Castlebar do końca sierpnia), a większości nie udało mi się nawet poznać. Zazwyczaj spotykałam się z Roser (Hiszpanka) i Eleną (Włoszka) dzięki którym poznałam Patricie (z Guatemali) co prowadzi do poznania Annychiary (Włochy), która zapoznała mnie z Noe (Meksykanin) i Marcinem… łańcuszek ten sporo się ciągnie, ale wymienione tutaj osoby są tymi, z którymi mam najwięcej wspomnień i z którymi wciąż jestem w kontakcie. 
Kolaż pożegnalny dla Eleny i Roser
Kolaż dla Patrici
Polsko-Hiszpańsko-Włoska impreza z typowym jedzeniem, impreza pożegnalna, wypady do pubu, gra w darta, karty czy bilard, wypady nad jezioro, pierwszy wyjazd do Dublina z Annachiarą, a potem prawie co weekendowe wyjazdy, imprezy z Marcinem i Noe, poznawanie Dublina rankiem po imprezach, World Culture Festival, zgubiony telefon – pełno mam wspomnień w większości bardzo pozytywnych! Bycie au pair wiązało się wtedy dla mnie z poznawaniem nowych ludzi, polepszaniem języka i wieloma przygodami i gdybym miała cofnąć się w czasie to wybrałam dokładnie tą samą rodzinkę po raz drugi! Bo kocham moje dzieciaczki i przeżyłam wspaniałą przygodę! Zresztą gdybym miała negatywne odczucia to nie zdecydowałabym się być au pair po raz drugi i nie wylądowałabym bym w Navan skąd właśnie piszę! 
Kolaż dla Annychiary

Kolaż dla Noego i Marcina

Więcej nie będę Was zanudzać, bo czasu spędzonego tam nie da się oddać w jednym czy dwóch postach – to jest osobna historia, o której mogłabym opowiadać godzinami!