Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prezenty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prezenty. Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 kwietnia 2013

Poradnik au pair: prezenty

A teraz coś co uwielbiam czyli prezenty! Nie zależnie od tego na jak długo jedziemy wypadałoby kupić naszej przyszłej host-rodzince coś w prezencie. Osobiście jest to jedna z moich ulubionych części, bo kocham kupować i dawać prezenty! :)


No tak ale co kupić? Macie już jakieś pomysły? Nie? Nie szkodzi! Poniżej przedstawiam listę z podziałem na konkretnych członków rodziny, która mam nadzieję ułatwi Wam to zadanie! :) 

Hości: 
Dla hostów
  • alkohol: żubrówka, miód pitny, dębowa w fajnym opakowaniu - musimy się jednak wcześniej upewnić, że hości piją. Z alkoholem trzeba być bardzo ostrożnym ale jeśli wiemy od poprzedniej au pair że hości piją okazyjnie to nie ma problemu i możemy podarować jeden z naszych popisowych trunków! 
  • słodycze: ptasie mleczko, torcik wedlowski, bombonierka Chopina w metalowej puszcze - bombonierki z puszkach są bardzo dobrym pomysłem, bo bardzo ładnie się prezentują
  • książka bądź album o Polsce / naszym mieście (ewentualnie książka kuchnia Polska)
  • typowe pamiątki z naszego miasta np. trykające się koziołki z Poznania, syrenka z Warszawy itd. Mogą to być kubki, breloczki, podstawki pod kubek itd. z jakimś elementem z naszego miasta
  • kalendarz z Polskimi widokami - jeśli jedziemy na koniec/początek roku
  • płyty z muzyką Polską
Malutkie dzieci :
Dla 2latka
  • maskotki z postaciami z naszego regionu (smok wawelski, koziołki etc.) / z naszych Polskich bajek (Bolek i Lolek, Reksio itd.)
  • klocki - jak macie trochę miejsca w bagażu ;)
  • drewniane układanki
  • grzechotki / gryzaczki itd.- dla tych mniejszych dzieci tak do 1,5 roku
  • malutkie książeczki z różnymi przedmiotami np. warzywa, owoce itd. gdzie na jednej stronie jest obrazek i podpis - dla tak małego dziecka nie ma różnicy w jakim języku są podpisy a większość dzieci bardzo lubią takie książeczki
  • kaczuszka do kąpieli
  • puzzle piankowe
Dzieci:
  • kolorowanki
  • gry planszowe
  • Dla 8latki
  • puzzle
  • słodycze - jeśli hości nie mają nic przeciwko jedzeniu słodyczy przez dzieci
  • plecaczki w formie maskotek
  • książki z Polskimi bajkami po angielsku
  • ozdoby do włosów / ładne kolczyki itd
  • pamiątki typowo z Polski - kubek z orzełkiem, skarbonkę z naszego regionu (np. fajny domek góralski z gór itd.)
  • farbki witrażowe, malutkie krosno, zestaw do robienia biżuteria i inne tego typu rzeczy do rozwijania zdolności artystycznych
Co jeszcze byście zaproponowali? :)

Więcej pomysłów możecie znaleźć tutaj: http://www.forumaupair.pl/viewtopic.php?f=3&t=289

Szukanie prezentów ma być dla nas zabawą! Ma to być miły gest i pokazanie naszej dobrej woli. Osobiście uważam, że nie warto wydawać fortuny kupując hostom nie wiadomo co! Ja obu rodzinkom za pierwszym razem kupiłam bombonierkę Chopina w metalowej puszce dla hostów i ptasie mleczko dla dzieciaków. Dopiero jadąc drugi raz do tej samej rodziny "wysiliłam się" na fajniejsze prezenty - obrazki powyżej ;) Wtedy wiedziałam co moja rodzinka lubi i że na pewno prezenty nie zostaną rzucone w kąt tylko dzieci będa się bawić, a hości spróbują alkoholu. Dzieciakom z pierwszej rodzinki zawsze kupowałam prezenty odwiedzając je i uważam, że to ma większy sens niż prezenty na przywitanie ;)

niedziela, 14 października 2012

Kubek dla Caoimhe :)

Miałam tutaj pisać tylko o rzeczach związanych z au pair więc siłą rzeczy notki w ciągu roku nie będą się pojawiać zbyt często - nie chcę żeby ten mój au pairkowy niecodziennik zamienił się w codziennik z mojego życia ;)

Pamiętacie jak pisałm o tym, że zbiłam ulubiony lubek Caoimhe? Za punkt honoru postawiłam sobie wtedy odkupienie takiego samego. Niestety w ciągu kilku tygodni dzielących mnie od powrotu do Polski nie udało mi się go znaleźć w żadnym sklepie i wtedy właśnie wpadłam na pomysł zrobienia dla Caoimhe magicznego kubka! :)

Magiczny kubek - z początku czarny, a gdy wlejesz do niego gorącej wody... Zresztą zobaczccie sami! :)

Przed
Po zalaniu wodą z każdej strony! :)
Teraz tylko muszę to cudo wysłać do Irlandii - jestem pewna, ze Caoimhe się ucieszy! :)

Trochę mi tęskno za moimi potworkami, za byciem au pair, za Irlandią i za Dublinem... Na szczęście nie mam zbyt czasu, żeby nad tym rozmyślać - zaczął się rok akademicki i trzeba zabrać się do nauki! ;)

poniedziałek, 10 września 2012

Time to say goodbay


To już jest koniec… Ale zanim o tym to muszę, po prostu muszę, opisać ostatnie dni tak jak mam to w zwyczaju! 

Na czym skończyłam moją opowieść? Ahh już wiem babysiting w czwartek – w zasadzie nie było źle, Caoimhe w miarę grzeczna i dała mi popalić tylko przy odrabianiu lekcji. We wszystkim jej pomogłam, ale niestety zadanie domowe z Irlandzkiego przerosło moje siły więc poszliśmy do Katty, która stwierdziła, że już nie pamięta Irlandzkiego – hahaha uwielbiam to w Iralndczykach, że połowa z nich już nie potrafi mówić po IRL :D Noc też przebiegła bez większych problemów, bo teraz nauczona poprzednim razem wiedziałam, że mam nie spać z Caoimhe i… skończyłam śpiąc z Michaelem! Mały był jakiś niespokojny i 2 razy się budził i biegł do sypialni Emmy i Dereka, a tam wpadał w płacz, bo rodziców nie ma to się zlitowałam nad nim i pozwoliłam mu spać ze mną na dole.
Mimo, że w piątek wstałam dopiero o 8:20, żeby przygotować Caoimhe do szkoły to byłam mega zmęczona… Na szczęście 3 kawy postawiły mnie na nogi i jakoś dotrwałam do 16tej kiedy to hości wrócili, a ja poszłam się szykować na wieczór. I tym sposobem dochodzimy do imprezy pt. :”Kac Dublin” :)
Kartka od Katty! :)
Okazało się, że tylko Ola mogła się spotkać w piątek więc postanowiłyśmy zrobić jakiś before w hostelu co by później nie tracić kasy na alkohol w klubach. Obie byłyśmy w wyśmienitych humorach i naprawdę spędziłam super wieczór, a jak teraz o tym myślę to nie mogę przestać się uśmiechać! Mówiąc w skrócie: z Olasią wybrałyśmy się do fajnego miejsca i miałyśmy (nie)zapomniany wieczór! J I w tym miejscu chciałabym jeszcze raz bardzo podziękować Oli za wszystko! Za mega towarzystwo, za wspólne wycieczki, za pyszne (tak przypuszczam jeszcze nie jadłam :D) ciasteczka, po prostu za wszystko – dziękuję! I zapraszam do Poznania! :D
DZIĘKUJĘ!!
W sobotę Ola z rana pojechała do Galway, a ja wybrałam się na zakupy – Dublin żegnał mnie przepiękną pogodą więc jak już byłam zmęczona zakupami to usiadłam nad rzeką i zaczęłam wypisywać podziękowania dla hostów i dzieciaczków. W prezencie dla Emmy i Dereka kupiłam kartkę „Thank you” i baryłki, dla Caoimhe książka o księżniczkach z wklejonym moim zdjęciem , a dla Michael’a alfabet + moje zdjęcie. W ogóle bardzo mi się podoba jak Michael przegląda swoją książkę – zawsze zaczyna od środka i po kolei mówi mi co jest na obrazkach (o ile umie to coś nazwać) po czym dochodzi do pierwszej strony i z bananem na twarzy mówi „Look Kaddy” – a on zawsze look takim podnieconym głosikiem mówi, nie sposób się nie uśmiechnąć! 
Relaks nad rzeką i szukanie weny - co by tu napisać...
Niedziele upłynęła pod hasłem „chatka z piernika” (przepis tutaj) – robiąc ją poczułam atmosferę świąt, a co najlepsze wieczorem w tv leciał „Kevin sam w Nowym Yorku” ! :D Po powrocie z obiadu wręczyłam wszystkim prezenty i jestem pewna, że wszyscy się ucieszyli z tego co dostali. Ja natomiast dostałam w prezencie torbę, podkładkę pod kubek (Slainte – jedyne słowo które znam po Irlandzku! :D), kartkę z podziękowaniem, bilet powrotny na autobus, Maltersy (które w przypływie chandry z powodu wyjazdu już zjadłam ;)) oraz… serki i przepis na cheescake, bo mi strasznie smakuje sernik, który oni tutaj robią! :)
Prezenty pożegnalne dla rodzinki :)
Dzisiaj rano zamierzałam wstać przed wyjściem Caoimhe do szkoły, żeby ją pożegnać po raz ostatni, ale mała mnie uprzedziła i razem z Michaelem przyszli do mnie ok. 8:30 – oczywiście mnie obudzili! ;) Ale to było urocze, bo Caoimhe sama się ubrała w mundurek (zawsze trzeba się namęczyć chyba z 15-20 minut, żeby zmusić Caoimhe do ubrania) i ubrała też małego i tak stali pod drzwiami mojego domku pukając i się ciesząc! :) A teraz Caoimhe już w szkole… Emma odwiedzie mnie na autobus ok. 13 więc muszę jeszcze dokończyć pakowanie i zamierzam spędzić resztę dnia na zabawie z Michaelem! 
A to ja dostałam! :)
Argh... nie cierpię się pakować!
Chatka z piernika :D

Caoimhe zrobiła też wróżkę z piernika ^^
Zamierzam napisać jeszcze ostatnia notką – typowe podsumowanie tak więc do usłyszenia z Polski! :)

wtorek, 28 sierpnia 2012

WItaj szkoło!

To już jutro! Caoimhe wraca do szkoły i przez większość dnia (do 15tej) będę tylko z Michaelem czyli luzik ;) Ale niestety będę musiała też zaczynać pracę wcześniej - ok. 8:30...

Prezent dla Emmy - była bardzo zaskoczona i się ucieszyła :) Stwierdziła, że przecież nie musiałam! :)

Wierzyć mi się nie chce, że już tylko 13 dni :( Ostatnio gdy tylko przemknie mi przez głowę myśl o opuszczeniu Irlandii robi mi się tak strasznie smutno i dziwnie… Nie potrafię sobie wyobrazić powrotu do rzeczywistości, powrotu na studia, nauki, mówienia po Polsku przez cały czas. Co gorsze jak tylko pomyślę o tym, że nie będę już więcej słuchać Michaela wołającego „Kaddy, Kaddy, Kaddy” tylko po to, żeby usłyszeć w odpowiedzi „What Michael?” czuje jakąś dziwną pustkę. Mały przez ostatnie kilka tygodni wkradał się do mojego serca i mogę z całą pewnością powidzieć, że zrealizował zadanie! Zawsze jak go biorę na ręce po przebudzeniu z drzemki mały wtula się we mnie i nie rzadko zasypia ponownie obejmując mnie swoimi małymi rączkami. Innym razem podczas zabawy niechcący (lub specjalnie, bo to też się zdarza) uderzy mnie zbyt mocno, a wtedy ja zaczynam udawać płacz i Michael już biegnie do mnie, żeby mnie przytulić, bo tego go nauczyłam. Mały nauczył się też kilku nowych słów ode mnie, a niektóre przeinacza tak bardzo, że na początku tylko ja potrafiłam go zrozumieć i musiałam tłumaczyć Emmie co mały ma na myśli.

Wczoraj w Navan z cyklu "Michael uśmiechnij się!" ;)
Caoimhe też mi będzie ciężko opuścić – nasze wspólne zabawy, kuchenne rewolucje czy żarty. „Caoimhe guess what?” „What?” „It’s a lovely day!” – ciężko mi się nie uśmiechnąć na to wspomnienie. Caoimhe przez połowę drogi do sklepu pytała się mnie o coś na co już znała odpowiedź więc żeby pokazać jej jak bardzo jest irytująca zaczęłam z nią powyższą rozmowę i powtarzałam przez drugą połowę drogi. Mimo wszystko było bardzo zabawnie – zwłaszcza jak w pewnym momencie zaczął padać deszcz i „it’s a lovely day” było niezbyt trafnym określeniem. 

Wygłupy z Caoimhe na "pikniku" :D
Nie tylko za dzieciakami będę tęsknić, ale też za Emmą, Derekiem, Ailish, Katty i całą dużą rodzinką, którzy sprawili, że poczułam się jak jedna z nich – jak członek rodziny, co było naprawdę niesamowite! Będzie mi brakować codziennych (znaczy w bezdeszczowe dni) spacerków i machania do wszystkich kierowców po drodze, bo tutaj wszyscy zawsze są niesamowicie mili i pozdrawiają Cię z samochodu – coś czego w Polsce nigdy nie doświadczyłam… Irlandia to moja druga ojczyzna to na pewno, a Irlandczycy są bardzo bliscy mojemu sercu i gdybym mogła to bym przywiozła ich trochę do Poznania, żeby zasiedlić rynek – wciąż pamiętam jak zielono, wesoło i magicznie było jak Irlandia grała swoje mecze Euro w Poznaniu.


"Well, I took a stroll on the old long walk
Of a day -I-ay-I-ay
I met a little girl and we stopped to talk
Of a fine soft day -I-ay-I-ay" 

"Galway Girl" czyli piosenka, którą ciągle ostatnio nucę :)

sobota, 25 sierpnia 2012

32h z potworkami = zmęczona au pair! :)

No i mamy kolejny weekend - wierzyć mi się nie chce jak ten tydzień szybko zleciał. Niech ktoś w końcu zatrzyma czas! ;)

Muszę się pochwalić, że przeżyłam 32h z potworkami i... wcale nie było tak źle! Zaczęło się od 9tej w środę (Emma z Derekiem pojechali z rana) i do 17tej był to praktycznie normalny dzień. Normalny dzień = dużo deszczu ostatnio więc żeby mi się Caoimhe nie zanudziła na śmierć postanowiłam zrobić z nią ciasteczka (przepis tutaj). Pomysł okazał się genialny, bo mała miała wielką frajdę z wałkowania ciasta - tak, tak Emma po naszym ostatnim pieczeniu kupiła wałek! :)


Najbardziej bałam się tego co będzie po obiedzie, bo ileż można się bawić w te same zabawy, jednak Caoimhe zgodziła się obejrzeć coś na dvd dając mi chwilę spokoju. W zasadzie czas zleciał nam na czytaniu książek i oglądaniu tv kiedy ze zdziwieniem zauważyłam, że wybiła 20sta. Położyłam małego spać w jego malutkim łóżku i o dziwo obyło się bez problemów - standartowo tak jak podczas usypania go do drzemki musiałam z nim posiedzieć jakieś 10minut i po kłopocie. Później będąc kochaną au pair pozwoliłam Caoimhe posiedzieć ze mną do 22giej (zazwyczaj chodzi spac o 21ej) i po kilku prośbach zgodziłam się na spanie z nią.


Sleepy head - Michael zawsze się śmieje jak to tak nazywam jak się przebudzi z drzemki :)
Zupełnie z głowy mi wyleciało, że pracę będę musiała zacząć wcześniej niż 9ta i położyłam się spać dopiero po północy - błąd! Jeszcze większym błędem było zgodzenie się spać z Caoimhe, bo mała strasznie się rozpychała i przez pierwsze dwie godziny w ogóle nie zmrużyłam oka. Około 4tej obudziłam się na brzegu łóźka i postanowiłam się przenieśc gdzieś indziej.  Po dosłwonie 5minutach snu (w końcu sama w wygodnym łóżku!), a przynajmniej tak mi się wydawało, obudził mnie płacz Michaela. Kompletnie nieptrzyomna odnotowałam, ze jest 6ta rano i poszłam sprawdzić co jest nie tak. Okazało się, że mały jest cały mokry więc zeszłam z nim na dół, żeby go przebrać - najlepsze jest to, że jak tylko wzięłam Michaela na ręcę to on zasnął. Obudził się jak chciałam go położyć z powrotem do łóżka i zaczął płakać więc położyłam go ze mną - młody się tylko uśmiechnął, zabrał mi jaśka i uznał, że chce sok. Kompletnie się rozbudziłam po tych wędrówkach i znowu nie mogłam zasnąć. W sumie dużo snu nie straciłam, bo mały obudził się znowu o 7:30 i zmusił mnie do wstania - toż to środek nocy! Po wypiciu dwóch kaw zaczęłam jakoś funkcjonować, ale powiem Wam, że czwartek był ciężkim dniem, bo byłam mega zmęczona. Emma z Derekiem wrócili po 17tej i mój najdłuższy pracujący dzień dobiegł wtedy końca. Z radością odryłam, że uwielbiam moje łóżko i mój domek! :) Następny babysiting 6 września, ale nie wiem czy Emma z Derekiem wrócą rano do domu czy nie - we'll see!

W ogóle w piątek wpadła z wizytą Katty i spytała czy chcemy ją odwiedzić więc spędziliśmy miłą godzinkę z nią. W jakiś dziwny sposób dla Michaela zabawki które ma Katty są ciekawsze niż te które on ma w domu hahaha ;) Jak już wychodziliśmy Katty dała mi 20euro mówiąc, żebym kupiła sobie coś miłego jak pojadę za tydzień do Castlebar - moich odmów nie przyjmowała, po którymś razie stwierdzając, że mam być cicho i koniec. Ok-ej... W dalszym ciągu mi głupio i w zasadzie poczułam się jak z własną babcią ;)

A dzisiaj mam leniwy weekend wypełniony sprzątaniem i prasowaniem własnych rzeczy (tak dla odmiany! ;)). Po 14tej pojechałam do Navan i... kupiłam sobie aparat! :) Oto kilka zdjęć zrobionych moją nową zabawką!

Polski sklep w Navan! :)

Centrum handlowe czyli widok rzadko spotykany w miejscowościach wielkości Navan.
Sklep, który uwielbiam - eason! Odpowiednik naszego Empiku :)
Mój nowy aparacik! <3

W Navan kupiłam też prezent dla Emmy z okazji jej jutrzejszych urodzin - kartkę urodzinową, ptasie mleczko i breloczek z jej datą urodzenia - potem wrzucę zdjęcia, bo mam wszystko u mnie w domku. :)

sobota, 23 czerwca 2012

Irlandia przywitała mnie deszczem, wiatrem i... problemami

Bycie au pairką w Irlandii po raz trzeci czas zacząć! 

Wylot miałam z Goleniowa (ależ to lotnisko jest malutkie!) wczoraj około 13tej. Zarówno podczas odprawy jak i później w samolocie spotkałam pełno dzieci... płaczących dzieci. Jakiś zwiastun tych wakacji? Oby nie ;) W samolocie jak zwykle się wynudziłam i strasznie się ucieszyłam kiedy w końcu wylądowaliśmy. Po przylocie miałam wysłać sms-a do rodziców, żeby się nie martwili i do Emmy, żeby wiedziała, że wkrótce będzie musiała po mnie wyjechać. Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że roaming w telefonie nie jest włączony i nie mogłam się z nikim skontaktować... Ależ ja się denerwowałam, bo wiedziałam, że rodzice muszą się strasznie martwić. Z drugiej strony było mi też głupio, że nie dam znać Emmie. Swoją drogą to dziwne z tym roamingiem, bo jak nie miałam abonamentu to zawsze wszystko działało, a tu nagle w abonamencie okazuje się, że trzeba jakoś specjalnie włączyć roaming. No cóż...

Autobus znalazłam bez większych problemów, ale okazało się, że mam pecha bo spóźniłam się jakieś 5 minut i autobus odjechał. Musiałam czekać na następny prawie godzinę podczas której próbowałam znaleźć jakieś darmowe wi-fi i wysłać rodzicom maila. Wi-fi miało bardzo słaby sygnał i nic z tego nie wyszło. Spytałam się jakiejś pani czy mogę od niej wysłać sms-a, ale okazało się, że nie ma nic na koncie... Druga spytana pani powiedziała, że jest z Australii i nie ma telefonu. Damn it! Na domiar złego po upływie godziny autobusu wciąż nie było... spóźnił się chyba z 15minut. W autobusie jeszcze raz spytałam jakąś panią o możliwość wysłania sms-a (do trzech razy sztuka) i tym razem udało się bez problemów (a przynajmniej tak myślałam) więc wysłałam sms-a do Emmy, żeby wiedziała, że ma po mnie przyjechać. Jako, że w autobus był wyposażony w wi-fi spróbowałam się po raz kolejny połączyć i udało mi się na krótką chwilę więc wysłałam szybkiego maila do taty ("doleciałam. nie mam roamingu") i nie zdążyłam zrobić nic więcej, bo wi-fi przestało działać... Bez przerwy próbowało znaleźć adres IP.

Mniej więcej w połowie drogi pani od telefonu powiedziała mi, że sms się nie wysłał i że jak chcę to mogę spróbować jeszcze raz. No po prostu super... Okazało się, że zapomniałam napisać 0 przed numerem telefonu... Na szczęście za drugim razem sms się wysłał, a wi-fi zaczęło działać. Hura! Weszłam szybko na maila (byłam pewna, że tamten e-mail nie zdążył się wysłać) i zobaczyłam, że tata mi odpisał, że zaraz postara się włączyć mi roaming. W przeciągu 10minuut telefon zaćwierkał i zaczęły przychodzić wszystkie sms-y. Spytałam się jakiejś starszej pary obok (słyszałam, że jadą do Navan) jak daleko jeszcze i dowiedziałam się, że jesteśmy jakieś 10minut od Navan. Napisałam więc szybko do Emmy, ale starsza para nie miała wcale racji... W Navan znaleźliśmy się dopiero za jakieś 25minut więc Derek musiał dłuuugo na mnie czekać.

Okazało się, że przyjechał z Michalem po mnie - mały wygląda jak na zdjęciach, przyznam szczerze, że strasznie się przez ten rok zmienił.

Z drugiej strony wszystko inne wygląda dokładnie tak samo - jakbym nigdy nie wyjechała. Caoimhe przybiegła do mnie od razu jak mnie zobaczyła i od wczoraj ciągle mi powtarza jak bardzo mnie kocha/lubi i, że strasznie się cieszy, że znów przyjechałam do Irlandii.

Po kolacji wręczyłam wszystkim prezenty (nie mogłam znaleźć czekolad, które były na spodzie plecaka) i Caoimhe była jeszcze bardziej szczęśliwa. Podczas gdy Michael bawił się klockami ja grałam z Caoimhe w grzybobranie jednocześnie plotkując i popijając miód pitny i wino z Emmą :) Emmie chyba miód smakował i stwierdziła, że smakuje jak toffe wódka (nigdy nie piłam), Derek wypił tylko troszkę i uciekł do salonu oglądać mecz ;) Bardzo miło się siedziało więc byłam z nimi chyba do 21, a później Caoimhe z Emmą odprowadziły mnie do mojego domku (więcej o moim domku w następnym poście, bo ten i tak już jest bardzo długi :D) gdzie przywitał mnie taki oto plakat:


Bardzo miło mi się zrobiło! :) Dopóki nie weszłam do mnie nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo jestem zmęczona... Wzięłam więc tylko szybki prysznic i padłam ;) Nie zdążyłam się nawet rozpakować!

Nadrobiłam dzisiaj rano więc już wszystko jest na swoim miejscu :) Jak poszłam rano do głównego domu na śniadanie to Emma z Derekiem jeszcze spali więc dałam czekolady Caoimhe (ależ była szczęśliwa :D), która czekała na mnie z rozstawioną grą, a Michael bawił się klockami - jeeej! :) Caoimhe obudziła Emmę pytając czy może spróbować którąś z czekolad, więc chwilę potem Emma z Derekiem krzątali się po kuchni przygotowując śniadanie, a ja grałam z Caoimhe w grzybobranie - skubana ciągle ze mną wygrywa! Nie mam szczęście do gier ;)

Śniadanie oczywiście było typowe, za każdym razem jak widzę irlandzkie śniadanie przypomina mi się filmik jaki oglądałam, w którym Billgun zapraszał Anglików na Euro: "Przyjedźcie do nas: mamy bardzo dobre śniadania, obiady oraz kolacje. Chociaż... wy i tak zjecie wszystko na raz na śniadanie!" :D Coś w tym jest, bo na śniadanie była jajecznica, tosty, fasolka w sosie, bekon, kiełbaski, biały pudding (bleh) i smażone pieczarki oraz obowiązkowo herbata z mlekiem. Emma dopiero przy śniadaniu przypomniała sobie, że ja pijam herbatę z cytryną i obiecała kupić cytryny jak będzie w sklepie następnym razem :) Hura! Jakoś nie przepadam za czarną herbatą z mlekiem.

Dobra czas kończyć, bo Was zanudzę! ;)
Niestety internet okazał się bardzo słaby i moje wi-fi wykrywa bardzo słaby sygnał tylko w dwóch miejscach więc będę musiała chodzić do głównego domu - właśnie zaraz się wybieram, bo póki co notka była pisana w notatniku :D

P.S. Pogoda jest okropna! Na lotnisku powitał mnie wiatr tak mocny, że cieszę się, że miałam na sobie 15kg plecak, bo jeszcze by mnie zwiało ;) Od wczoraj wieczora pada. Kap, kap, kap...
P.S.2. Caoimhe właśnie gra w grzybobranie z maskotką Kubusia Puchatka, bo ja siedzę przy komputerze ^^
P.S.3. Przestało padać! :)

czwartek, 21 czerwca 2012

Prezenty!

W końcu skompletowałam wszystkie prezenty dla rodzinki :) Największy problem miałam z prezentem dla Michaela, ale w końcu wymyśliłam co mu kupić i mam nadzieję, że wszyscy będą zadowoleni :)

Dla Emmy i Dereka (host parents) - miód pitny trójniak





Dla Caoimhe (8 lat) - 2 gry planszowe (Gryzbobranie i Rajd samochodowy)




Dla Michaela (2 tygodnie temu skończył 2 latka) - klocki




Oprócz tego kupiłam jeszcze 3 czekolady Wedla: gruszkowo-porzeckową, jagodowo-porzeczkową i gruszkowo-miętową. Wiem, że oni wszyscy lubią słodkości, a Caoimhe będzie na pewno szczęśliwa z powodu tych czekolad. Z gry też pewnie się ucieszy, bo będziemy miały w co grać więc jest w tym też korzyść dla mnie ;) Swoją drogą mam nadzieję, że w ciągu roku Caoimhe powiększyła swoją kolekcje gier planszowych (uwielbiam!), bo gadżet pogodowy obok pokazuje mi, że na dobry początek ma padać od piątku do środy... Zdecydowanie wolę suchsze dni, bo łatwiej mi wymyślać zabawy na powietrzu ;) Dla Michaela klocki, bo to jedna z zabawek jakimi uwielbiałam się bawić i które dzieci wciąż lubią (2letnia kuzynka dostała na urodziny i bardzo chętnie się bawi), a przy okazji klocki polepszają koordynację wzrokowo-ruchową i uczą dzieci wyobraźni! :)

A jutro (właściwie dzisiaj ;)) czeka mnie już tylko pakowanie... Och ja tego nie cierpię, to wręcz paradoksalne, że osoba która lubi podróżować tak bardzo jak ja może tak nienawidzić pakowania. Zawsze mam problem co gdzie włożyć, co zabrać, jak to ułożyć itp. Może w tym roku pójdzie sprawniej... oby! :)