Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pieczenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pieczenie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 kwietnia 2013

Z Kasią Ci się upiecze cz.2: torcik bezowy i sposób na barwienie kremów :)

Dawno nie opowiadałam Wam o moich kuchennych podbojach także ten tego... oto i moje najnowsze wypieki! :)

Pamiętacie babeczki marchewkowe z kremem z serka (o tutaj). Ostatnio robię je dość często, bo wszyscy je uwielbiają! Znalazłam w internecie fajny sposób na zabarwienie kremu, żeby dodać babeczkom trochę charakterrrrku.

Sposób jest bajecznie prosty i nie wymaga kupowania specjalistycznych barwników ze sklepów cukierniczych które ciężko znaleźć - wystarczy kupić najzwyczajniejsze barwniki do pisanek! :D


Bardzo dokładnie przeanalizowałam skład tej wybuchowej mieszanki i okazało się, że te same literki E możemy znaleźć w żelkach, lodach czy innych kolorowych słodkościach. Ponadto wszystkie E nadawały się do spożycia, zmartwiła mnie tylko jedna rzecz - każdy pojedynczy kolor ma w swoim składzie NaCl czyli potocznie mówiąc sól! Nie dobrze, oj nie dobrze, bo przecież nie chcemy popsuć smaku naszych wypieków... Ciocia-chemiczka powiedziała mi, że sól w barwnikach musi być, bo wspomaga proces barwienia - czy coś w tym stylu ;) Postanowiłam jednak sprawdzić jak dużo soli jest w tych barwnikach i zaryzykowałam zabarwienie kremu na zielono :o Okazało się, że jeśli do kremu dodać zaledwie szczyptę barwnika to smak się nie zmienia i wychodzą ładne pastelowe kolory! :)

Wielkanocne babeczki zabarwione na zielono prezentowały się tak:

Bałagan w tle musi być ;)

Naprawdę polecam takie barwniki, bo można wyczarować bardzo piękne rzeczy! :) Wczoraj znów pokusiłam się o zrobienie kolorowych babeczek na imprezę dla siostry. Inspiracją była aranżacja jej mieszkania czyli babeczki były w kolorach żółtym, zielonym oraz niebieskim. Niestety zdjęcie wyszło trochę rozmazane :( Ale efekt naprawdę był powalający! :)


Oprócz tego robiłam wczoraj dziury, o których już kiedyś pisałam (tutaj) w związku z czym zostało mi sporo białek i postanowiłam po raz pierwszy w życiu spróbować zrobić tort bezowy!

Torcik bezowy

Składniki:

  • 300g białek
  • 400g cukru 
  • 400ml śmietany kremówki
  • 100g cukru pudru
  • dowolne owoce np. truskawki, jagody, kiwi, banany itd.

Wykonanie:

  1. Nagrzać piekarnik do 150*C
  2. Ubić białka na sztywną pianę
  3. Gdy piana jest ubita dodawać po łyżce cukier
  4. Na pergaminie do pieczenia narysować wybrany kształt tortu np. odrysować od tortownicy. Z tej ilości białek wyjdą dwa spody.
  5. Wyłożyć białka w obrębie narysowanego wcześniej spodu
  6. Piec ok. godzinę (w przepisie było podane, że można piec oba spody w tym samym czasie na różnych poziomach piekarnika ale u mnie to nie wyszło więc nie polecam!)
  7. Ubić kremówkę i dodać do niej cukier puder - wymieszać.
  8. Położyć śmietanowy krem na jeden spód i dodać do tego owoce wedle uznania w moim przypadku były to banany i truskawki.
  9. Przykryć drugim spodem bezowym i zajadać ze smakiem! :)

Jak widzicie wierzchnia warstwa jest niekompletna - wszystko przez to, że spody piekłam wczoraj wieczorem i zostawiłam je na noc razem z pergaminem i dzisiaj miałam spory problem, żeby odczepić bezę od papieru :( Torcik wygląda jak wygląda ale w smaku suuuuper :) Dostałam nawet pochwałę, że torcik jest lepszy od kupnego tortu który dzisiaj zajadaliśmy z okazji urodzin mojej mamy - no to bomba! :D

A na koniec kartki urodzinowe i Wielkanocne jakie wysłałam moim dzieciaczkom - jak zwykle trzeba popisać się artystycznymi zdolnościami i ozdobić koperty ;)

Z cyklu: zdolna jestem niesłychanie ;)

niedziela, 27 stycznia 2013

Obiecane dziury i pieguskowe babeczki :)

Dziury

Składniki: 

Biszkopt biały:

  •  3/4 szklanka mąki pszennej
  •  3/4 szklanka cukru
  •  3/4 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 5 jajek
  •  

Biszkopt czarny   

  • 3/4 szklanka mąki pszennej
  • 2 łyżki kakao
  • 3/4 szklanka cukru
  • 3/4 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 5 jajek
  •  

Krem ajerkoniakowy:

  • 250g.masła
  • 1 szklanka cukru
  • cukier waniliowy
  • 6 żółtek
  • kieliszek wódki (100 ml.)
  • 1 łyżeczka żelatyny

Krem czekoladowy:

  • 200g masła
  • 2 żółtka
  • 1/2 szklanki cukru pudru
  • 3 łyżki kakao


Wykonanie:

Biszkopt:

  1. Nagrzać piekarnik do 180*C
  2. Białka oddzielamy od żółtek i ubijamy na sztywną pianę.
  3. Stopniowo dodajemy połowę cukru.
  4. Żółtka ucieramy z drugą połową cukru i stopniowo delikatnie mieszając dodajemy do ubitej piany.
  5. Powoli (ciągle mieszając) dodajemy mąke przesianą z proszkiem do pieczenia.
  6. Piec ok. 20-25minut.
  7. Po upieczeniu uchylić lekko drzwiczki i pozostawić na ok. 5 minut
  8. Analogicznie upiec biszkopt kakaowy

Krem czekoladowy:

  1. Masło utrzeć z cukrem pudrem
  2. Stopniowo dodać żółtka (najlepiej wcześniej wyparzyć jajka)
  3. Kakao zalać gorącą wodą (tak, żeby powstała dość gęsta papka) i dodać do wcześniejszej masy
  4. Posmarować biały biszkopt połową kremu
  5. Biszkopt czarny odwrócić do góry nogami i również posmarować kremem
  6. W biszkopcie czarnym wyciąć kieliszkiem dziury tak jak jest to na zdjęciu
  7. Następnie czarny biszkopt położyć na białym (posmarowaną kremem stroną w dół) - lekko docisnąć
Oczywiście biszkopty można zrobić na prostokątnej blaszce :)

Krem ajerkoniakowy:

  1. Żelatynę rozpuścić w 1/4 szklanki gorącej wody
  2. Masło utrzeć z cukrem i cukrem waniliowym
  3. Stopniowo dodać żółtka (najlepiej wcześniej wyparzyć jajka)
  4. Dodać wódkę i dalej mieszać
  5. Na koniec dodać rozpuszczoną żelatynę
  6. Krem ajerkoniakowy wlać do dziur.
  7. Boki ciasta można posmarować resztka kremu czekoladowego i udekorować wiórkami
  8. Ciasto włożyć na ok 1-2h do lodówki



Ciasto jest czasochłonne, ale smak i zachwyt gości rekompensuje czas spędzony nad jego robieniem! :) Problemem jest także duża ilość żółtek, no bo co zrobić z białkami? Mój ulubiony sposób na wykorzystanie tylu białek to zrobienie pieguska! Tym razem z braku blaszki do pieguska postanowiłam zrobić pieguskowe babeczki w dużym formacie :) Oto i przepis:

Pieguskowe babeczki

Składniki:

  • 1 szklanka białek (ok. 6-7)
  • 1 szklanka cukru
  • 1 szklanka mąki pszennej
  • 1 szklanka suchego maku
  • 1 kostka margaryny (250g)
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • szczypta soli
  • aromat migdałowy

Wykonanie:

  1. Roztopić margarynę.
  2. Nagrzać piekarnik do 180*C.
  3. Do białek dodać szczyptę soli i ubić na sztywno.
  4. Następnie stopniowo dodawać cukier i dalej ubijać.
  5. Dodać przesianą mąkę z proszkiem do pieczenia i mak.
  6. Na koniec dodać przestudzoną margarynę i kilka kropel aromatu.
  7. Przelać do formy na babeczki (do ok. 3/4 wysokości) 
  8. Piec ok. 25-30minut (jeśli zdecydujecie się na pieguskowe ciasto w normalnej prostokątnej formie to należy je piec ok. 50minut)




Nie mogłam się zdecydować które zdjęcie dać :D Smacznego! :)

P.S. Przeczytałam ostatnio kolejną książkę C.Ahern - "Thank you for memories" - polecam! :) Książka porusza problem oddawania krwi do czego serdecznie namawiam! :) 

środa, 23 stycznia 2013

Z Kasią Ci się upiecze :)


Tym razem okazją do popisów kulinarnych był dzień babci i dziadka. Razem z siostrą wyprawiłyśmy podwieczorek dla naszych kochanych seniorów, a w menu znalazły się przepyszne i przeurocze babeczki z kremem czy efektowne ciasto dziury. Po zrobieniu owych smakołyków musiałam stawić czoła nadmiarowi białek które wykorzystałam do zrobienia pieguskowych babeczek.  Łatwo się domyślić, że sobotni wieczór i niedzielne popołudnie spędziłam w kuchni - zawsze to jakaś alternatywa dla nauki ;)

Marchewkowe babeczki z serowym kremem

Składniki: 

Babeczki:

  • 2 marchewki
  • 1 szklanka mąki
  • 3/4 szklanki cukru
  • 3/4 szklanki oleju
  • 2 jajka
  • łyżeczka cynamonu
  • łyżeczka sody

Krem:

  • 300g twarogu półtłustego
  • 50g miękkiego masła
  • 5 łyżek cukru pudru
  • kilka kropel aromatu waniliowego

Wykonanie:

  1. Nagrzać piekarnik do 180*C
  2. Mąkę przesiać z sodą, solą i cynamonem.
  3. Ubić jajka z cukrem i dodać do tego olej i marchewkę.
  4. Na koniec dodać mieszanką mączną.
  5. Piec ok. 20minut.
KREM
  1. Bardzo dokładnie zmielić twaróg
  2. Stopniowo dodawać cukier i masło ubijając krem
  3. Na koniec dodać aromat waniliowy i delikatnie wymieszać

  
Przepis na dziury i pieguskowe babeczki już wkrótce ! :)

czwartek, 17 stycznia 2013

Gotuj z Kasią

Wind of change zawitał u mnie na blogu. W przypływie kreatywnego nastroju zmieniłam nieco szablon i postanowiłam pisać tutaj nie tylko o tym co tak dobrze znam czyli o byciu au pair ale także o rzeczach mniej lub bardziej dla mnie istotnych: o podróżach, pieczeniu, pocztówkach, programowaniu i... zabrakło mi już pomysłów na zainteresowania rozpoczynające się od litery 'P' ;)

Dzisiejszy post będzie poświęcony będzie właśnie wypiekom wszystkie przepisy są dostąpne w  cookbooku coby był porządek). Wzmożona aktywność blogowa wcale nie ma związku ze zbliżająca się sesją ;)


1. Kolorowe pucharki czyli niebo w gębie, tęcza w kieliszku

Składniki: 

  • Kolorowe galaretki
  • Żelatyna
  • 400ml śmietany 30%

Wykonanie:

  1. Zrobić jeden kolor galaretki używając 400ml wody
  2. Przelać galaretkę do pucharków i poczekać aż zastygnie
  3. Czubatą łyżeczkę żelatyny rozpuścić w pół szklanki wrzątku. 
  4. Po ostygnięciu żelatyny dodać to tego pół szklanki śmietanki, dokładnie wymieszać i wylać na warstwę galaretek.
  5. Wróć do kroku 1 i powtarzaj do znudzenia (skończenia się galaretek)
  6. Na koniec można udekorować bitą śmietaną (bo zostało mi trochę śmietanki)

2. Marchewkowe-bananowe muffinki

Składniki: 

  • 180g mąki
  • 60g masła
  • 100g cukru
  • 2 jajka
  • 1 banan
  • 2 marchewki
  • 50g gęstej śmietany (np. Kesem)
  • 1 op. cukru waniliowego
  • pół łyżeczki cynamonu
  • łyżeczka proszku do pieczenia
  • pół łyżeczki sody
  • szczypta soli  

Wykonanie:

  1. Nagrzać piekarnik do 180*C
  2. Rozpuścić masło
  3. Wymieszać jajka ze śmietaną i dodać je do ostygniętego masła
  4. Mąkę przesiać cukrem, cukrem waniliowym, proszkiem, sodą i solą i wymieszać z wcześniej przygotowaną masą
  5. Dodać do masy rozgniecionego banana i starte marchewki
  6. Ciasto nakładać do foremek do  3/4 wysokości
  7. Piec przez ok. 25 minut (do uzyskania złotego koloru)
  8. Wedle uznania udekorować

3. Oko słonia

Składniki: 

Biszkopt:

  • 3/4 szklanka mąki pszennej
  • 2 łyżki kakao
  • 1 szklanka cukru
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 6 jajek  

Krem:

  • 1,5 szklanki mleka
  • 100g posiekanych orzechów włoskich
  • 3 płaskie łyżki mąki krupczatki
  • 200g masła
  • 3 łyżki cukru pudru
  • 1 op. cukru waniliowego
  • 2-3 banany

Wykonanie:

Biszkopt:

  1. Nagrzać piekarnik do 180*C
  2. Białka oddzielamy od żółtek i ubijamy na sztywną pianę.
  3. Stopniowo dodajemy połowę cukru.
  4. Żółtka ucieramy z drugą połową cukru i stopniowo delikatnie mieszając dodajemy do ubitej piany.
  5. Powoli (ciągle mieszając) dodajemy mąke przesianą z kakao i proszkiem do pieczenia.
  6. Piec ok. 20-25minut.
  7. Po upieczeniu uchylić lekko drzwiczki i pozostawić na ok. 5 minut 
  8. Ciasto położyć na ściereczce i zwinąć w rulon

Krem i cała reszta:

  1. Wymieszać mąkę krupczatkę w 1/3 szklance zimnego mleka
  2. Pozostałą część mleka zagotować
  3. Kiedy mleko zacznie się gotować dodać do niego krupczatkową mieszanką i mieszać aż do zabulgotania całej masy.
  4. Powstały budyń ostudzić.
  5. Masło utrzeć z cukrem pudrem i cukrem waniliowym.
  6. Dodać do masło ostudzony budyń i orzechy.
  7. Wystudzone ciasto odwinąć ze ściereczki i posmarować kremem.
  8. Na dłuższym brzegu ciasta ułożyć 2-3 obrane banany, położyć na ściereczce i raz jeszcze zwinąć w roladę.
  9. Włożyć do lodówki na ok. 1h

Moje najbardziej artystyczne zdjęcie jedzenie ever ;) Sprzed 3 czy 4 lat :)

Smacznego!

poniedziałek, 10 września 2012

Time to say goodbay


To już jest koniec… Ale zanim o tym to muszę, po prostu muszę, opisać ostatnie dni tak jak mam to w zwyczaju! 

Na czym skończyłam moją opowieść? Ahh już wiem babysiting w czwartek – w zasadzie nie było źle, Caoimhe w miarę grzeczna i dała mi popalić tylko przy odrabianiu lekcji. We wszystkim jej pomogłam, ale niestety zadanie domowe z Irlandzkiego przerosło moje siły więc poszliśmy do Katty, która stwierdziła, że już nie pamięta Irlandzkiego – hahaha uwielbiam to w Iralndczykach, że połowa z nich już nie potrafi mówić po IRL :D Noc też przebiegła bez większych problemów, bo teraz nauczona poprzednim razem wiedziałam, że mam nie spać z Caoimhe i… skończyłam śpiąc z Michaelem! Mały był jakiś niespokojny i 2 razy się budził i biegł do sypialni Emmy i Dereka, a tam wpadał w płacz, bo rodziców nie ma to się zlitowałam nad nim i pozwoliłam mu spać ze mną na dole.
Mimo, że w piątek wstałam dopiero o 8:20, żeby przygotować Caoimhe do szkoły to byłam mega zmęczona… Na szczęście 3 kawy postawiły mnie na nogi i jakoś dotrwałam do 16tej kiedy to hości wrócili, a ja poszłam się szykować na wieczór. I tym sposobem dochodzimy do imprezy pt. :”Kac Dublin” :)
Kartka od Katty! :)
Okazało się, że tylko Ola mogła się spotkać w piątek więc postanowiłyśmy zrobić jakiś before w hostelu co by później nie tracić kasy na alkohol w klubach. Obie byłyśmy w wyśmienitych humorach i naprawdę spędziłam super wieczór, a jak teraz o tym myślę to nie mogę przestać się uśmiechać! Mówiąc w skrócie: z Olasią wybrałyśmy się do fajnego miejsca i miałyśmy (nie)zapomniany wieczór! J I w tym miejscu chciałabym jeszcze raz bardzo podziękować Oli za wszystko! Za mega towarzystwo, za wspólne wycieczki, za pyszne (tak przypuszczam jeszcze nie jadłam :D) ciasteczka, po prostu za wszystko – dziękuję! I zapraszam do Poznania! :D
DZIĘKUJĘ!!
W sobotę Ola z rana pojechała do Galway, a ja wybrałam się na zakupy – Dublin żegnał mnie przepiękną pogodą więc jak już byłam zmęczona zakupami to usiadłam nad rzeką i zaczęłam wypisywać podziękowania dla hostów i dzieciaczków. W prezencie dla Emmy i Dereka kupiłam kartkę „Thank you” i baryłki, dla Caoimhe książka o księżniczkach z wklejonym moim zdjęciem , a dla Michael’a alfabet + moje zdjęcie. W ogóle bardzo mi się podoba jak Michael przegląda swoją książkę – zawsze zaczyna od środka i po kolei mówi mi co jest na obrazkach (o ile umie to coś nazwać) po czym dochodzi do pierwszej strony i z bananem na twarzy mówi „Look Kaddy” – a on zawsze look takim podnieconym głosikiem mówi, nie sposób się nie uśmiechnąć! 
Relaks nad rzeką i szukanie weny - co by tu napisać...
Niedziele upłynęła pod hasłem „chatka z piernika” (przepis tutaj) – robiąc ją poczułam atmosferę świąt, a co najlepsze wieczorem w tv leciał „Kevin sam w Nowym Yorku” ! :D Po powrocie z obiadu wręczyłam wszystkim prezenty i jestem pewna, że wszyscy się ucieszyli z tego co dostali. Ja natomiast dostałam w prezencie torbę, podkładkę pod kubek (Slainte – jedyne słowo które znam po Irlandzku! :D), kartkę z podziękowaniem, bilet powrotny na autobus, Maltersy (które w przypływie chandry z powodu wyjazdu już zjadłam ;)) oraz… serki i przepis na cheescake, bo mi strasznie smakuje sernik, który oni tutaj robią! :)
Prezenty pożegnalne dla rodzinki :)
Dzisiaj rano zamierzałam wstać przed wyjściem Caoimhe do szkoły, żeby ją pożegnać po raz ostatni, ale mała mnie uprzedziła i razem z Michaelem przyszli do mnie ok. 8:30 – oczywiście mnie obudzili! ;) Ale to było urocze, bo Caoimhe sama się ubrała w mundurek (zawsze trzeba się namęczyć chyba z 15-20 minut, żeby zmusić Caoimhe do ubrania) i ubrała też małego i tak stali pod drzwiami mojego domku pukając i się ciesząc! :) A teraz Caoimhe już w szkole… Emma odwiedzie mnie na autobus ok. 13 więc muszę jeszcze dokończyć pakowanie i zamierzam spędzić resztę dnia na zabawie z Michaelem! 
A to ja dostałam! :)
Argh... nie cierpię się pakować!
Chatka z piernika :D

Caoimhe zrobiła też wróżkę z piernika ^^
Zamierzam napisać jeszcze ostatnia notką – typowe podsumowanie tak więc do usłyszenia z Polski! :)

sobota, 25 sierpnia 2012

32h z potworkami = zmęczona au pair! :)

No i mamy kolejny weekend - wierzyć mi się nie chce jak ten tydzień szybko zleciał. Niech ktoś w końcu zatrzyma czas! ;)

Muszę się pochwalić, że przeżyłam 32h z potworkami i... wcale nie było tak źle! Zaczęło się od 9tej w środę (Emma z Derekiem pojechali z rana) i do 17tej był to praktycznie normalny dzień. Normalny dzień = dużo deszczu ostatnio więc żeby mi się Caoimhe nie zanudziła na śmierć postanowiłam zrobić z nią ciasteczka (przepis tutaj). Pomysł okazał się genialny, bo mała miała wielką frajdę z wałkowania ciasta - tak, tak Emma po naszym ostatnim pieczeniu kupiła wałek! :)


Najbardziej bałam się tego co będzie po obiedzie, bo ileż można się bawić w te same zabawy, jednak Caoimhe zgodziła się obejrzeć coś na dvd dając mi chwilę spokoju. W zasadzie czas zleciał nam na czytaniu książek i oglądaniu tv kiedy ze zdziwieniem zauważyłam, że wybiła 20sta. Położyłam małego spać w jego malutkim łóżku i o dziwo obyło się bez problemów - standartowo tak jak podczas usypania go do drzemki musiałam z nim posiedzieć jakieś 10minut i po kłopocie. Później będąc kochaną au pair pozwoliłam Caoimhe posiedzieć ze mną do 22giej (zazwyczaj chodzi spac o 21ej) i po kilku prośbach zgodziłam się na spanie z nią.


Sleepy head - Michael zawsze się śmieje jak to tak nazywam jak się przebudzi z drzemki :)
Zupełnie z głowy mi wyleciało, że pracę będę musiała zacząć wcześniej niż 9ta i położyłam się spać dopiero po północy - błąd! Jeszcze większym błędem było zgodzenie się spać z Caoimhe, bo mała strasznie się rozpychała i przez pierwsze dwie godziny w ogóle nie zmrużyłam oka. Około 4tej obudziłam się na brzegu łóźka i postanowiłam się przenieśc gdzieś indziej.  Po dosłwonie 5minutach snu (w końcu sama w wygodnym łóżku!), a przynajmniej tak mi się wydawało, obudził mnie płacz Michaela. Kompletnie nieptrzyomna odnotowałam, ze jest 6ta rano i poszłam sprawdzić co jest nie tak. Okazało się, że mały jest cały mokry więc zeszłam z nim na dół, żeby go przebrać - najlepsze jest to, że jak tylko wzięłam Michaela na ręcę to on zasnął. Obudził się jak chciałam go położyć z powrotem do łóżka i zaczął płakać więc położyłam go ze mną - młody się tylko uśmiechnął, zabrał mi jaśka i uznał, że chce sok. Kompletnie się rozbudziłam po tych wędrówkach i znowu nie mogłam zasnąć. W sumie dużo snu nie straciłam, bo mały obudził się znowu o 7:30 i zmusił mnie do wstania - toż to środek nocy! Po wypiciu dwóch kaw zaczęłam jakoś funkcjonować, ale powiem Wam, że czwartek był ciężkim dniem, bo byłam mega zmęczona. Emma z Derekiem wrócili po 17tej i mój najdłuższy pracujący dzień dobiegł wtedy końca. Z radością odryłam, że uwielbiam moje łóżko i mój domek! :) Następny babysiting 6 września, ale nie wiem czy Emma z Derekiem wrócą rano do domu czy nie - we'll see!

W ogóle w piątek wpadła z wizytą Katty i spytała czy chcemy ją odwiedzić więc spędziliśmy miłą godzinkę z nią. W jakiś dziwny sposób dla Michaela zabawki które ma Katty są ciekawsze niż te które on ma w domu hahaha ;) Jak już wychodziliśmy Katty dała mi 20euro mówiąc, żebym kupiła sobie coś miłego jak pojadę za tydzień do Castlebar - moich odmów nie przyjmowała, po którymś razie stwierdzając, że mam być cicho i koniec. Ok-ej... W dalszym ciągu mi głupio i w zasadzie poczułam się jak z własną babcią ;)

A dzisiaj mam leniwy weekend wypełniony sprzątaniem i prasowaniem własnych rzeczy (tak dla odmiany! ;)). Po 14tej pojechałam do Navan i... kupiłam sobie aparat! :) Oto kilka zdjęć zrobionych moją nową zabawką!

Polski sklep w Navan! :)

Centrum handlowe czyli widok rzadko spotykany w miejscowościach wielkości Navan.
Sklep, który uwielbiam - eason! Odpowiednik naszego Empiku :)
Mój nowy aparacik! <3

W Navan kupiłam też prezent dla Emmy z okazji jej jutrzejszych urodzin - kartkę urodzinową, ptasie mleczko i breloczek z jej datą urodzenia - potem wrzucę zdjęcia, bo mam wszystko u mnie w domku. :)

czwartek, 9 sierpnia 2012

Dzień bez Caoimhe, dzień bez Michaela

Akurat tak się złożyło, że wczoraj Emma zabrała Caoimhe na cały dzień więc byłam tylko z małym i muszę powiedzieć, że bardzo mi to przypadło do gustu! Michael jest kochany i sprzątanie z nim to czysta przyjemność, bo on we wszystkim pomaga! Np. kiedy odkurzam zawsze muszę to robić na dwa razy, bo mi kabel z korytarza nie sięga do jadalni i salonu - w momencie kiedy Michael jest ze mną i widzi, że nagle wyłączyłam odkurzacz w kuchni wypina kabel i wpina go w salonie, żebym mogła dalej odkurzać. Jak mu powiem "idź sprzątnij playroom" to mały pójdzie i sprzątnie wszystkie zabawki z ziemi - Michael rozumie baaardzo wiele! :)

Ja pokazując Michaelowi to zdjęcie: "Michael kto to?" 
Michael: "Baby!"
Z okazji wczorajszego dnia bez Caoimhe wybrałam się z Michaelem na dłuuuuuugi spacer - zrobiliśmy 10km z czego większość mały przespał, a jak się obudził w domu i zjadł lunch to znów pobiegł do wózka, że chce iść znowu na spacer. Na szczęście wybiłam mu ten pomysł z głowy, bo jak na jeden dzień miał dość spacerów :) Mały coraz częściej zwraca się do mnie po imieniu (jeśli tak to mogę nazwać) krzycząc "Kadi" za każdym razem, kiedy straci mnie z oczu lub jak mnie znajdzie - uwielbiam to hahaha :) Niedługo wejdę do czołówki ulubionych słów Michaela - hura! ;)

Kościół w Castletown
Dzisiaj dla odmiany dzień bez Michaela, bo mały był w żłobku. Z rana Caoimhe mnie męczyła, żeby pograć z nią w tenisa - no spoko. Jednak to nie był dobry pomysł, bo mała nie jest zbyt dobra i nigdy nie trafia piłką tam gdzie ja stoję (ani tam gdzie mogłabym jeszcze dosięgnąć piłkę) więc muszę się strasznie nabiegać za piłką. Raz chciałam być ambitna i pobiegłam za piłką zapominając o tym, że trawa po nocy jest śliska i... BAM! Oczywiście się poślizgnęłam i upadłam ;) Niestety wczoraj Derek kosił trawę, więc po upadku byłam cała zielona :D

Na szczęście nie wpadłam na głupi pomysł i nie przebrałam się! ;) Teraz jestem zielono-różowo-biała. Dlaczego? Bo zgodziłam się na pieczenie babeczek z Caoimhe co jest brudną robotą! ;) Tym razem zrobiłyśmy waniliowe babeczki z kremem (PRZEPIS). Wydaję mi się, że największą frajdę dla Caoimhe było dekorowanie :) Ale chyba musimy jeszcze poćwiczyć dekorowanie, bo nasze babeczki nie wyglądają tak pięknie jak te na zdjęciach w internecie! :D

Ta babeczka z twarzą to miałam być ja stworzona przez Caoimhe ;)
P.S. Od 3 dni nie pada i jest bardzo ładna pogoda - rekord! :)

piątek, 3 sierpnia 2012

Forget about monday to friday, cause I've been working like a slave ;)

No dobra, dobra może z tym niewolnikiem to lekka przesada :D Mimo wszystko ostatnie dni były ciężkie - przeziębione dzieciaki to najgorsze co się może przytrafić, bo wtedy są najbardziej marudne i płaczą bez powodu... A najgorszy jest fakt, że ja się zaraziłam od nich i chodzę zmęczona i strasznie roztargniona - wczoraj po zrobieniu sobie herbaty prawie włożyłam cytrynę do zmywarki, a nóż do lodówki - bez komentarza ;)

Wczorajszy dzień rozpoczął się miłym akcentem, bo jak weszłam do domu to Michael wybiegł mi na przywitanie i zaczął się tulić - normalnie mały ostatnio mnie zadziwia tym jak bardzo mnie zaczął uwielbiać. Czasem jest to denerwujące, bo gdzie się nie ruszę muszę iść z nim za rączkę, bo inaczej będzie krzyczał i płakał, że próbuję go gdzieś zostawić ale mimo wszystko zazwyczaj jest to bardzo miłe :) Potem, żeby zająć czymś marudną Caoimhe postanowiłam z nią coś upiec - padło na zakręcone biszkopciki (przepis w książce kucharskiej - KLIK :)).

Biszkopciki gotowe do włożenia do piekarnika :)

Podczas przygotowań wyszło na jaw, że w domu nie ma wałka (Emma mówi, że nigdy wałka nie kupowała co jest dla mnie wielkim zaskoczeniem, no bo jak można nie mieć wałka w domu ! ) więc poszłyśmy do nanny Kathy, która mieszka tuż obok, żeby pożyczyć wałek. Kathy stwierdziła, że owszem wałek posiada, ale nie pamięta gdzie go położyła - typowe ;) W każdym razie jak już byliśmy u Kathy wybrałyśmy się z nią na wooolny spacerek, potem zostaliśmy na herbatce i dzięki Bogu zleciało na tym trochę czasu, bo nie wiem co miałabym z marudną Caoimhe robić w domu ;) Jak wróciłyśmy dokończyłyśmy pieczenie i z racji braku deszczu zaczęliśmy bawić się na dworze - Barry (wujek Caoimhe) zbudował jej całkiem fajny plac zabaw, więc teraz jak nie pada spędzamy tam dużo czasu głównie bawiąc się w sklep, dom lub więzienie.



Barry jest naprawdę zdolny!
Dzisiaj "dla odmiany" Caoimhe była meeega marudna! Najpierw płacz, bo musiała zjeść śniadanie, później płacz, bo się uderzyła i tak co chwila ciągle coś - normalnie z przyjemnością zabrałam się za odkurzanie i mycie podłogi byle tylko nie musieć z nią przebywać ;) W porze lunchu, żeby trochę ją rozweselić zaproponowałam wspólne gotowanie, ale że jak zwykle brakowało większości składników to powiedziałam Caoimhe, że możemy zrobić kisiel (ostatnio kupiłam 2opakowania w Polskim sklepie). Jak tylko skończyłyśmy i Caoimhe była szczęśliwa to Michaelowi coś odbiło i kiedy pomimo moich zakazów wspinał się na stół przez przypadek zbił miseczkę należącą do Caoimhe więc zaczęła się kolejna awantura - a ja marzyłam o cichym, spokojnym dniu, silly me! ;)

Mały rozrabiaka
Następna awantura była zarazem ostatnią - chciałam iść na spacer, żeby Michael grzecznie zasnął (zawsze śpi w wózku) i przy okazji wpaść do nanny Kathy, bo jej obiecałam, że przyniosę jej kilka biszkoptów, które zrobiłyśmy. Caoimhe uparła się, że chce jechać na swoim gokarcie, bo jazda na rowerze jest zbyt nudna... Jak jej grzecznie acz stanowczo powiedziałam, że może iśc na spacer na piechotę albo na rowerze zaczęła ryczeć w niebo-głosy więc postanowiłam się nią nie przejmować i jako, że Michael był już w wózku zaczęłam z nim spacerować wkoło domu. W tym momencie wróciła Emma - no cóż krzyki Caoimhe było słychać z daleka :D Emma stwierdziła tylko, że dobrze zrobiłam i że jak chcę to mogę iść na spacer z małym, dała mi nawet kasę na lody dla nas.
Kolejny potworek-rozrabiaka - Jess
Chętnie zostawiłam marudną Caoimhe i poszłam z małym do sklepu, ale że Michael w międzyczasie zasnął to nawet nie wchodziłam do sklepu tylko zawróciłam i poszłam do Kathy gdzie spędziłam ok. godzinki na miłej pogawędce - czas szybko leci w miłym towarzystwie, nawet jeżeli Twoim towarzyszem jest 75letnia starsza pani :D Po powrocie do domu Caoimhe mnie przeprosiła - a to niespodzianka! :) 

Za chwilę planuje iść do siebie, żeby w końcu odpocząć - mam nadzieję, że będzie jakiś fajny film w tv! :)

sobota, 30 czerwca 2012

Drink, drank, drunk ;)

Ostatnie 2 dni zleciały tak szybko, że aż wierzyć mi się nie chcę. Po męczącej środzie nadszedł przemiły czwartek czyli dzień bez Michaela, który od 9tej do 17tej był w żłobku - ależ był spokój ;) Nauczyłam Caoimhe grać w wojnę i na tym zleciały nam chyba z 3 godziny tak jak się to spodobało. Nie ma sprawy mogę z nią grać, bo nie potrzeba do tego zbyt wiele wysiłku ;)

Jak w końcu znudziłam się graniem zaproponowałam Caoimhe pieczenie ciasteczek co jej niedawno obiecałam. Wspólnymi wysiłkami zrobiłyśmy Queens Cakes. Muszę przyznać, że było naprawdę zabawnie i na pewno jeszcze to powtórzymy. Jako że Michael chodzi do żłobka raz w tygodniu na cały dzień możemy sobie gotować/piec ile tylko chcemy ! :)

Smaczne babeczki z czekoladą, które zjedliśmy na podwieczorek!
Wczorajszy dzień o dziwo też bardzo szybko zleciał mimo, że zaczęło się niezbyt przyjemnie... Tuż po śniadaniu była walka z Michaelem, żeby pozwolił mi zmienić niewiarygodnie brudną pieluszkę! Wierzgał rączkami i nogami tak, że myślałam, że mnie całą ubrudzi, a do tego przeraźliwie krzyczał - na szczęście udało mi się opanować kryzys, a w międzyczasie Emma wpadła do pokoju przywitać się i uciekła z domu tak, że mały się nie zorientował, że wyszła dzięki czemu oszczędził mi kolejnej awantury :)

Odniosłam też inny sukces wczoraj - w końcu udało mi się namówić Michaela na popołudniową drzemkę! :) Choć może "namówić" to złe słowo, bo jak mały zaczął stawać się nieznośny i widziałam, że jest zmęczony zaniosłam go na górę (oczywiście krzyk!) i położyłam do łóżeczka (jeszcze większy krzyk!!), dałam mu jego butelkę z sokiem i położyłam się obok na ziemi tak, że mnie widział i udawałam, że śpię. Po 5 minutach mały spał jak zabity ;) Yeah!

Podczas gdy Michael sobie drzemał ja bawiłam się z Caoimhe - oczywiście granie w wojnę, grzybobranie i na koniec to co lubię najbardziej - rysowanie!

Oto nasze arcydzieła. Mój bobas i królik Caoimhe zawisły w art gallery na ścianie w kuchni ;) Caoimhe chce na swoje urodziny taki tort jak narysowałam - biedna Emma będzie miała problem próbując jej to wybić z głowy :D
Chyba z tysiąc razy usłyszałam od Caoimhe, że jestem świetna w rysowaniu. W ogóle mała mnie co chwila komplementuje : "Oh Kasia jesteś bardzo dobra w gotowaniu!", "Kasia Wow ale fajnie tasujesz karty", "Kasia bardzo dobrze grasz w tenisa", a nawet kilka razy usłyszałam "Chciałabym, żebyś była moją mamą!" - Caoimhe uwierz mi, nie chciałabyś! ;)

Michael spał prawie 3,5h - unbelievable! Chwilę po tym jak się obudził wróciła Emma i zaczęła przygotowywać obiad, a ja z dzieciaczkami wyszłam na dwór - gdzie spędziłam cudowną godzinkę skacząc na trampolinie i bawiąc się w sklep ;) Zabawa w sklep była cudowna - musiałam co chwilę udawać klienta albo wchodzić do małego domku i być sprzedawcą - Caoimhe nie ma zbyt dużej wyobraźni, ale pod koniec nawet udawało jej się wymyślać ciekawe sytuacje sklepowe :)

W pewnym momencie Emma zawołała nas na obiad - tym razem były hamburgery z frytkami czyli całkiem normalny obiad ;) Do obiadu Emma zaproponowała wódkę i piwo dla Dereka (swoją drogą nigdy nie widziałam Dereka pijącego wódkę ;) On zawsze albo winko albo piwo) - "no spoko" pomyślałam sobie, bo to nie było zbyt dużo tej wódki (może z 1/4 litrowej butelki). Zaczęliśmy pić i rozmawiać co Caoimhe uznała za baaardzo nudne i w pewnym momencie się mnie spytała czy chcę iść z nią na dwór. Powiedziałam jej, że może potem, na co mała odpowiedziała: "OK! Jak tylko moi rodzice zanudzą Cię gadaniem przyjdź do mnie i pobawimy się w sklep." Hahaha - na pewno ;)

Czas bardzo szybko mijał na rozmowie i butelka w mgnieniu oka została opróżniona więc Emma przyniosła następną - tym razem cały litr Smirnoffa... ;) Jak zawsze jak z nimi piję ciężko mi się nawet wyrwać do toalety, bo ciągle rozmawiamy tak, że praktycznie musiałabym im przerywać w połowie zdania, żeby się wymknąć do toalety. Emma z Derekiem mają prościej, bo jak któreś z nich gdzieś na chwilkę wychodzi druga osoba zostaje ze mną :) Jeszcze trudniej jest mi im powiedzieć, że już sobie idę do mojego domku więc tak sobie z nimi siedziałam chyba do północy pijąc magicznego drinka - za każdym razem kiedy opróżniałam szklankę Emma robiła mi kolejnego drinka bez nawet pytania czy chcę. Końcowe drinki były wyjątkowo mocne nie wiem czy to dlatego, że Emma była pijana czy dlatego, że powoli zaczynało brakować nam coli ;) Podczas picia jak zawsze usłyszałam, że mój angielski jest bardzo dobry i w ogóle świetnie się nam rozmawiało :) Raz Emma spadła z krzesła - tak, tak! Oczywiście nie dlatego, że była pijana ! Krzesło od jakiegoś czasu nie było zbyt stabilne i Emma miała po prostu pecha - na szczęście nic się nie stało! :)

Szczerze mówiąc nie wiem jak udało mi się skończyć picie i wyrwać się do mojego domku ;) Caoimhe była już zmęczona, a miała wczoraj spać ze mną, bo w zamian za bycie bardzo grzeczną przez dwa dni obiecałam jej to. Plan był taki, że obejrzymy u mnie jakieś bajki, pogramy w karty czy coś, a potem pójdziemy spać, ale wyszło zupełnie inaczej ;) Jak znalazłyśmy się u mnie obie byłyśmy mega zmęczone więc od razu położyłyśmy się spać. Do 5tej rano spałam jak zabita, a potem mała mnie obudziła, bo trochę się rozpychała i kopała więc nie mogłam zasnąć przez godzinę leżąc dosłownie na brzegu łóżka - dobrze, że nie spadłam ;)

Teraz sobie odpoczywam i zdecydowałam się nie jechać do Dublina, bo okazało się, że Marcin może mnie przenocować dopiero w następny weekend tak więc ten weekend zamierzam spędzić  na czytaniu książek i robieniu projektu z grafiki (motywacja potrzebna od zaraz!).

Ale dużo tego wyszło - mam nadzieję, że dotrwaliście do końca! ;)